10 lipca 2016

Internetowy ekshibicjonizm – gdzie leży granica?

Selfie z przyjaciółką

Na mojej tablicy (nie licząc postów z portali informacyjnych, udostępnionych artykułów czy inspiracji fotograficznych) najwięcej jest zdjęć ślubów, wakacji oraz dzieci. Co jakiś czas trafia się też jakaś obroniona praca dyplomowa i jedzenie (choć to ostatnio rzadziej). Odnoszę wrażenie, że przywykliśmy do tego widoku. Zupełnie nam spowszedniał. Tylko od czasu do czasu pojawia się jakiś głos sprzeciwu: „jak długo będę musiał tutaj czytać o rowerkach, pieluchach i pierwszych krokach?”, a polemika pod wpisem zazwyczaj nie ma końca. Jako że zawodowo zajmuję się mediami społecznościowymi, od lat obserwuję ich rozwój, pojawiające się trendy i nowinki technologiczne, ale przede wszystkim zachowania użytkowników i pogłębiający się ekshibicjonizm. 

Sądziłam, że Internet nie ma przede mną tajemnic, aż tu nagle na mojej tablicy na Facebooku wyświetlił się post koleżanki z podstawówki, w którym otwarcie pyta znajomych (w liczbie ponad 100), czy nie zrobić sobie drugiego dziecka. Liczyłam, że to żart, a ja mam kiepskie poczucie humoru. Przeliczyłam się. Ciocie, koleżanki i bliżej niezidentyfikowane osoby komentowały pytanie, publicznie radząc dziewczynie, jaką decyzję powinna podjąć!

I już myślałam, że odkryłam wszystko, mogę spakować manatki i zamieszkać w domku na drzewie, kiedy… znajoma znajomego (tak to już jest ze wzajemnym oznaczaniem się na zdjęciach) opublikowała fotografię ze szpitala, na której trzyma swoje nowonarodzone martwe dziecko i żegna się z nim, komunikując to na swoim profilu.

Która sytuacja jest w Waszym odczuciu bardziej ekstremalna? Zgaduję, że w większości wskażecie drugą, a ja przekornie odpowiem, że moim zdaniem pierwsza jest niedopuszczalna. Dlaczego? W przypadku drugiej historii mamy matkę, ojca (który najprawdopodobniej zgodził się na publikację) oraz martwe dziecko, które z wiadomych przyczyn nie będzie miało możliwości wypowiedzieć się na ten temat  w przyszłości. Niezależnie od odzewu, z jakim spotkała się ta fotografia, emocjami, które będzie wzbudzać w rodzicach przez kolejne lata, dokonali oni świadomej decyzji o publikacji. Decyzji, z którą będą się musieli zmierzyć – ona i on. W pierwszej opowieści na tablicy nie pojawia się nawet zdjęcie. Pozornie to tylko zlepek kilku słów: podana w wątpliwość chęć posiadania kolejnego potomstwa. Ale gdybym była tym dzieckiem (a koleżanka w końcu zdecydowała się na drugą ciążę), nie chciałabym przeczytać w przyszłości tego zdania!  Co innego, kiedy rodzic powie Ci osobiście, że zastanawiał się nad Twoim poczęciem, a co innego, kiedy postanowił skonsultować to z resztą świata.

Podczas jednej z rozmów ze swoim eks, brak smartfonów, Facebooka, Instagramu i Snapchata, kultury udostępniania absolutnie wszystkiego w czasach naszej młodości uznaliśmy za jedną z największych zalet tego okresu. To nie tak, że powszechnie krytykowana „gimbaza” jest wytworem współczesności. Obecnie jest po prostu bardziej widoczna za sprawą mediów społecznościowych. Byliśmy równie głupi, nieodpowiedzialni, szaleni i rozrywkowi. Popełnialiśmy te same błędy, ale nikt nie nagrywał i nie fotografował naszych poczynań. Śmiejemy się z M., że gdybyśmy mieli dziś po 15 lat, organizując domówkę, na wejściu zbieralibyśmy od gości telefony. Problem w tym, że mając 15 lat, moglibyśmy nie wpaść na ten pomysł!

Selfie z przyjaciółką - mozaika ze zdjęć

Pisałam o tym, że przyzwyczailiśmy się do widoku udostępnianych publicznie zdjęć z drugą połówką albo zasypujących naszą tablicę informacji o pierwszych krokach czy wizycie na nocniku dzieci naszych znajomych. Zacznę od mniejszego kalibru, jakim są związki i śluby. Przyznaję się, jestem niepoprawną romantyczką. Kiedy oglądam zdjęcia par z wakacji, fotografie ślubne albo nawet zmiany statusu z „wolny” na „w związku”, robi mi się cieplej na duchu. Zdarza mi się rozkleić na widok sesji ślubnych koleżanki z gimnazjum czy liceum, z którą już nawet nie utrzymuję kontaktu. Nawet jeśli zdjęcia są do bólu tandetne, a zazwyczaj takie właśnie są! Mieszają się we mnie emocje: nostalgia, radość i nuta zazdrości. Jako odbiorcy przyjemnie jest mi patrzeć na tę sielankę. Lubię wiedzieć, że komuś się ułożyło. Problem w tym, że sielanka ma swój początek i zaskakująco często również koniec. Każdy myśli, że całe to szczęście jest wieczne i oczywiście każdemu z Was tego życzę, ale rzeczywistość najczęściej okazuje zupełnie inna. Tak, najczęściej! Inaczej nie istniałoby określenie „eks” i nie występowałoby w liczbie mnogiej. Dzielenie się publicznie kulisami swojego związku niestety wiąże się również z koniecznością podzielenia się rozstaniem. Zwykle nie jest to oficjalna informacja, o której rozpisujemy się na profilu. Koniec związku komunikujemy w inny sposób: usuwając wspólne zdjęcia, zmieniając status, zamieszczając kolejne fotografie w okolicznościach, wskazujących, że już nic nas nie łączy z poprzednim partnerem.

Co ciekawe, podobne przypadki można znaleźć także w blogosferze. Tutaj sielankowe związki i małżeństwa sprzedają się nadzwyczaj dobrze. W końcu, czy jest coś bardziej emocjonującego niż love story? Pamiętacie związek Chiary Ferragni i Riccardo Pozzoli? Przepiękna para! Niesamowite romantyczne zdjęcia i jeszcze lepsza historia. Aż tu nagle na fanpage’u The Blonde Salad czytamy o ich rozstaniu! O tym, że pozostają w przyjaźni i będą dalej ze sobą pracować. Pierwsza myśl, która się pojawia: jak to możliwe? Gdzie podziała się cała ta sielanka? Nie można się dziwić, że inni zaczęli o tym mówić, pytać, komentować, kiedy sami autorzy dali wcześniej na to przyzwolenie. Nie twierdzę, że to przyzwolenie obejmuje hejt. Ale nikt przecież nie powie, że odbiorcy wchodzą z buciorami do życia tych dwojga, skoro wcześniej otworzyli im drzwi do swojego prywatnego domu.

O ile dzielenie się swoim szczęściem może być przyjemne, to w przypadku rozstania czy rozwodu nikt nie chce obnażać się i tłumaczyć całemu światu. Nie wierzę też w przyjemne rozstania. Zazwyczaj jedna strona cierpi tak, że trudno jej normalnie funkcjonować. Nie można też zakładać, że nasz związek skończy się happy endem i ten problem nigdy nie będzie nas dotyczył. Wchodząc w daną relację, mamy najwyżej 50% szans na powodzenie i tyle samo na porażkę.

Sama nie umieszczam zdjęć oraz informacji w sieci, wskazujących na to, kto jest moim partnerem. I to nie dlatego, że któryś z nich się na to nie godził. Jednym z powodów jest oczywiście Kapuczina, która jest miejscem publicznym, gdzie nie chcę dzielić się swoją intymnością. Ale ważniejszy jest tutaj aspekt: „a co jeśli się nie uda?”. Próbuję wyobrazić sobie sytuację, w której publikuję jedno z naszych wspólnych zdjęć na blogu albo prywatnym profilu FB, a po rozstaniu (nawet niepodanym publicznie do wiadomości), ktoś pyta mnie o nasz związek, zastanawia się, czy wszystko u nas dobrze, pisze, że do siebie pasujemy albo rzuca słowa krytyki. Mówi Wam coś określenie „kopanie leżącego”?

Czy nigdy nie umieszczę w sieci najmniejszej informacji o swoim partnerze? Nie wiem. Ale jeśli to zrobię, to ze świadomością, że istnieje ryzyko, iż w razie rozstania poniosę konsekwencję także tej decyzji.

Inaczej sprawa wygląda w przypadku zdjęć z przyjaciółmi. Rozstania nie bolą tak samo, a i nikt nie wpadnie na pomysł, by zapytać Cię: „co się stało, że tak dawno nie wrzucałaś wspólnych fotografii z koleżanką X? Już się nie lubicie?”. Brzmi kuriozalnie, prawda? Jeśli przyjaciółka nie ma nic przeciwko wspólnym zdjęciom publikowanym w sieci, sprawa jest załatwiona. I raczej nie wiąże się z większymi konsekwencjami wizerunkowymi czy emocjonalnymi w razie rozpadu znajomości. Informacje o szkole, sukcesach, porażkach, pracy, jedzeniu, wakacjach, mieszkaniu, uprawianym sporcie czy innej zajawce, poglądach politycznych lub religijnych – mogą się co najwyżej podobać lub nie. Nikomu nie robią bezpośredniej krzywdy!

A teraz coś większego kalibru, czyli zdjęcia dzieci. Uspokoję na wstępie wszystkie matki, które będą krzyczeć „nie masz dzieci, nie wypowiadaj się”. Owszem, nie mam ich, ale tak się składa, że jestem czyimś dzieckiem. I zamierzam napisać o tym właśnie z perspektywy córki, z perspektywy mojego prywatnego wizerunku. Do pewnego okresu odpowiadają zań rodzice. I szczerze mówiąc, to co dzieje się dziś w sieci, przerosło już moją wyobraźnię. Maluchy, które nie zaczęły jeszcze chodzić, mówić albo nawet korzystać z nocnika, mają już internetową tożsamość! Są chwalone i ganione przez swoich rodziców. Są tematem zabawnych historyjek i opowieści o matczynej lub ojcowskiej miłości. Pokazywane w najróżniejszych pozach, a wierzcie mi, Rodzice – zaledwie kilka procent z nich jest smacznych i estetycznych, oczywiście jak na dzień dzisiejszy. Nikt z Was nie jest w stanie przewidzieć, jaki będzie ich odbiór za 10 i 20 lat.

To jeszcze nic. Dziecko jeszcze nie poszło do szkoły, a już staje się bohaterem jakiegoś bloga parentnigowego. Wszyscy znają jego personalia, wygląd, wiedzą w jakim mieście mieszka, co lubi,  jak się rozwija. Obcy czytają anegdotki z początków jego życia, zmagania jego rodziców. Nie zrozumcie mnie źle – sama lubię czasem zaglądać na tego typu strony. Ale (znów z perspektywy dziecka, nie obserwatora) nie byłabym zadowolona, gdybym, mając  13, 16, 18 czy nawet 25 lat, musiała zmierzyć się z faktem, że moi rodzice udostępniali publicznie informacje o mnie, albo nie daj Boże – zarabiali na moim wizerunku na blogu. Pisząc „niezadowolona”, wznoszę się na najwyższe poziomy dyplomacji, na jaką mnie stać. A przecież nie jestem dziś politykiem, prawnikiem i nie pracuję w korporacji, by taka działalność mogła mi bezpośrednio zaszkodzić. Choć oczywiście mogłabym! Podobnie, jak Wasze dzieci.

Nie chcę czytać o tym, że byłam uzdolniona, że chorowałam, uwielbiałam Czarodziejkę z Księżyca, o tym jak bardzo mnie kochano albo jak komuś działałam na nerwy. Nie chcę czytać opinii internautów na swój temat. Ich analizy mojego dzieciństwa. Jestem dorosła i mówię wprost, że sobie tego nie życzę. Nie mogłam tego powiedzieć w wieku 5 czy nawet 10 lat, to oczywiste. Tylko miałam to szczęście, że moi rodzice wychowywali mnie w czasach, w których nie było mediów społecznościowych.

W późniejszych latach Mama prowadziła konto na Naszej Klasie. Nie do końca rozumiała, z czym to się je. Była tym typem rodzica, któremu trzeba pokazać, jak włącza się przeglądarkę. A jednak, kiedy chciała pochwalić się znajomym moimi zdjęciami, przyszła i zapytała o zgodę. Tylko ja byłam już na studiach!

Udostępnianie zdjęć swoich dzieci wiąże się z jeszcze jednym problemem, który nie istniał w czasach mojej młodości. Nie muszę być rodzicem, żeby wiedzieć, iż współcześnie młodzi ludzie dużo wcześniej sięgają po smartfony i biegle poruszają się w sieci. Kiedy zaczynają robić to samodzielnie, rodzice starają się przestrzec ich przed nieodpowiedzialnym korzystaniem z tych narzędzi. Ale jak przekonać dziecko do tego, by uważało na siebie, kiedy przez całe jego dzieciństwo bezkarnie i bez najmniejszych ograniczeń korzystaliśmy z jego wizerunku, czyli robiliśmy coś zupełnie odwrotnego? Nawet nastolatek wie, że to nielogiczne!

W przypadku publicznego udostępniania informacji o partnerze, który wyraził na to zgodę, co najwyżej borykamy się z ogromem emocji, jakie mogą się pojawić w przypadku rozstania. A jaką zgodę może wyrazić 2-, 5- czy nawet 13-letnie dziecko? Pozostawiam Wam tę kwestię do przemyślenia.

Dodam jeszcze, że powyższe zdjęcia zostały umieszczone za obopólną zgodą, podobnie, jak wszystkie inne na blogu.

Dołącz do dyskusji! 18 komentarzy

  1. Lepiej bym tego nie wyraziła!

    Odpowiedz
  2. wogóle się nad tym tematem nie zastanawiałam, ale Twój punkt widzenia przemawia do mojej wyobraźni i musze sie z nim 90 % zgodzić!

    Odpowiedz
    • Cóż, bo najtrudniej jest przyznać się nam rodzicom, że się zapędziliśmy. Co z tego, że mi się podoba to co publikuję. Co z tego, że na razie odbiór jest pozytywny. Jak moje dziecko podrośnie, pójdzie na studia albo do pracy, może się wstydzić tych treści. Dałaś mi Paulino do myślenia i bardzo Ci za to dziękuję.

      Odpowiedz
  3. Szanuję twoje zdanie, gdybym się zechciała nad tym zastanawiać, pewnie miałabym podobne, jednak myślę sobie, że koncentracja na innych zawsze świadczy o pustce wewnętrznej. To ucieczka.

    Odpowiedz
  4. Zauważyłam, że najbardziej drażnią zdjęcia cudzych dzieci te osoby, które same nie są spełnione rodzicielsko. Jasne, szastanie ich wizerunkiem może się zemścić, ale są takie środowiska (bezdzietne), gdzie temat dzieci działa jak płachta na byka. Sami nie chcą, nie mogą ich mieć, a inni mają im o temacie nie przypominać, bo coś się w nich odzywa. Wtedy można gadać o wszystkim, byle nie o dzieciach, bo to takie… śmierdzące.

    Odpowiedz
    • Częściowo się z Tobą zgadzam. Tylko odchodząc zupełnie od tego, czy ktoś lubi/chce/może posiadać dzieci, ma ochotę oglądać treści, w których się pojawiają – chciałam zwrócić uwagę na bohatera tych treści. Dziecko nie jest odbiorcą ani nawet autorem. Pojawia się jako bohater, główny punkt programu i zupełnie nie ma na to wpływu. Jako odbiorca lubię estetyczne zdjęcia szczęśliwych rodzin (patrz blog: http://www.mammamija.pl/ – można się zakochać), albo zabawne/wzruszajace historie. Rozumiem też potrzebę dzielenia się tym, co nas fajnego spotkało w życiu. Tylko zamieniając się miejscem z bohaterem treści,jakim jest w tym przypadku dziecko, przestaje mi być tak kolorowo.

      Odpowiedz
  5. Wydaje mi się, że w sprawie dzieci wychodzisz z błędnego założenia – że wszyscy są tacy sami 😉
    Moim zdaniem, jeśli rodzice mają takie nastawienie i wrzucają zdjęcia, opinie itp. do Internetu, to dziecko będzie wychowane w „podobnym duchu” (Brajanki itd). Raczej po dziecku ten fakt spłynie.
    Wystarczy (jak sama zauważasz) spojrzeć, co wrzucają niektóre nastolatki na swoje ściany, a później dziwią się, że ktoś nie chce ich zatrudnić…. Niektórzy myślą… w innym aspekcie.

    Co do zwiazków.
    „Ale ważniejszy jest tutaj aspekt: „a co jeśli się nie uda?””

    Jest to ostatnia myśl (0% trafień) jaka przyszłaby mi do głowy. Chyba „związki” są po to, aby już były na całe życie? 😉 Jeśli nie, to po co taki związek?

    Odpowiedz
    • Ja zaś uważam, że Twoje założenie jest naiwne. Urocze, ale naiwne.

      1. Dzieci.
      Owszem, pozostają nam naleciałości z rodzinnego domu, ale… chodzi tu o możliwość samodzielnego decydowania o tym, w jakiej formie/zakresie i czy w ogóle występujemy w przestrzeni publicznej/ internetowej społeczności. Wyobrażasz sobie, żeby ktoś podjął tę decyzję za Ciebie? Bierzesz pod uwagę, że będziesz ponosić tego konsekwencje? W szkole? W pracy? Prywatnie? Nawet nie wychodząc z rodzinnego podwórka, tutaj relacje i losy też mogą ulec zmianom. Skutki mogą być miłe lub nie. Decyzję podjął ktoś inny, ale jej konsekwencje spadną na Twoje barki.

      2. Związki.
      Uśmiechnęłam się, czytając to – nie ironicznie, ciepło. Oczywiście, zazwyczaj/często/czasem (niepotrzebne skreślić) zakładamy, że coś będzie „na całe życie”. A już w ogóle „MY” Romantyczne Kobiety – że tak polecę stereotypami. Ale jakby rzeczywistość była taka, jak nasze plany, nie istniałaby instytucja „eks” :). W moim odczuciu nie ma niczego złego w pokazywaniu w sieci swojego związku czy małżeństwa, o ile obie strony wyrażają na to zgodę. Ale ryzyko rozstania istnieje ZAWSZE. I wtedy do emocji czysto prywatnych dochodzą jeszcze te wynikające z obecności w przestrzeni internetowej.

      Odpowiedz
      • Zgadzam się z Kapucziną. Ja akurat umieszczam zdjęcia z moim męzem na insta. Ale jeśli coś się wydarzy, to to samo insta stanie się moim przekleństwem,publicznym jakby nie patrzeć.

        Odpowiedz
  6. Zgodzę się ze stwierdzeniem, że nadmierne publikowanie szczegółów ze swojego życia to jest ucieczka przed samym sobą i przede wszystkim podnoszenie sobie samooceny, jakkolwiek by to nie znaczyło.
    Kiedyś sama przerabiałam etap wrzucania na tablicę wszystkiego co się dało, potem był etap czystki, a teraz… Teraz robię to czasem na przekór.
    Posiadania własnego miejsca w sieci, jakim jest blog to właściwie też jest publikacja własnego, prywatnego świata.
    Reasumując, rozumiem Twoje podejście, ale i też rozumiem tych, którzy nieświadomie nadwyrężają prywatność swojej rodziny. 🙂

    Odpowiedz
  7. Parę lat temu miałaś inne zdanie co do publikowania życia rodzinnego na blogu. Ale to tylko na plus, żeś zmieniła podejście na mądrzejsze. Choć szkoda, że za pomocą kwaśnych doświadczeń.

    Odpowiedz
  8. Paulina, przecież byłaś na fotkach u swojej dawnej przyjaciółki i jej dawnego męża. Robiłaś zdjęcia ich dziecku, sama z nim pozowałaś. Odniesiesz się do tego, czemu Twój punkt widzenia się zmienił? Nie wiem czy to opublikujesz, ale Twój wpis brzmi złośliwie, jakby miał trafić w Monikę.

    Odpowiedz
    • Zmienił? Nie zmienił się absolutnie 🙂
      Musisz rozgraniczyć dwie rzeczy. Ja nie jestem matką żadnego dziecka, więc NIE PODEJMUJE DECYZJI o rozpowszechnianiu jego wizerunku. Robi to jego rodzic.
      Tak, jak napisałam wyżej, jako odbiorca nawet lubię niektóre zdjęcia dzieci/rodzin/zakochanych, ale to chyba mało istotne w zdeżeniu z perspektywą osoby, która się na tych fotografiach znajduje.

      P.S. Myślę, że Monika nie jest jedyną osobą na świecie, która pokazuje zdjęcia swojego dziecka w sieci. Nie rozumiem więc, dlaczego miałoby to być skierowane do niej. W ogóle dlaczego na blogu, który jest miejscem publicznym, miałby znaleźć się post kierowany do jednej osoby? Trochę mija się to z celem 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz