12 stycznia 2016

Jak uczynić życie jeszcze prostszym?

Recenzja książki "Minimalizm dla zaawansowanych" Anny Mularczyk-Meyer

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak dużo kupujecie? Po co Wam te wszystkie rzeczy? Skoro już nabywacie nowe przedmioty, których potem nie używacie, w czym tkwi przyczyna? Przecież nie w potrzebie ogólnego chaosu ani debetu na koncie!

Można zrzucić winę na… dosłownie wszystko. Kobiety są doskonałe w usprawiedliwieniu kolejnych „śmiertelnie potrzebnych” zakupów. „Torebka z wystawy będzie pasowała do paska i czerwonej sukienki”, „odcień nowej różowej szminki różni się od wszystkich kolorów, które mam w kosmetyczce” i tak dalej! Zakupy w nagrodę i na pocieszenie. Faceci wcale nie są lepsi. Wystarczy, że w miejsce ciuchów wpiszecie gadżety i będzie mogli dowolnie modyfikować powyższe stwierdzenia. Tak zazwyczaj jesteśmy przedstawiani. Do bólu banalnie, powierzchownie, stereotypowo. A gdyby tak zajrzeć głębiej?

Anna Mularczyk-Meyer w swojej drugiej książce Minimalizm dla zaawansowanych (recenzję pierwszej części znajdziecie w TYM poście) zgrabnie łączy konsumpcjonizm ze słabościami i kompleksami – bardzo indywidualnymi dla każdego człowieka. W pięknych ubraniach dostrzegła wizję ładniejszej siebie, a drogimi prezentami usprawiedliwiała zaniedbane relacje z bliskimi. Opisuje swoją drogę, by w jednym z ostatnich rozdziałów odpowiedzieć na następujące pytania:

Przed czym chroniły mnie niepotrzebne rzeczy?

O czym chcę zapomnieć?

Jakie braki sobie w ten sposób rekompensuję?

Dlaczego tak szczelnie wypełniam swój terminarz, że nie starcza mi czasu nawet na sen?

Dokąd tak się spieszę?

Czemu wciąż szukam nowych pomysłów i inspiracji, chociaż nie potrafię w pełni ich wykorzystać?

Autorka zmierzyła się z powyższymi problemami dzięki stopniowemu pozbywaniu się rzeczy. Myślę, że każdy z nas może spróbować zadać sobie podobne pytania, jednak odpowiedzi będą zależne od etapu, na którym się znajdujemy. Moja droga do minimalizmu nie jest skończona (o ile w ogóle można mówić o końcu). Jestem na etapie pozbywania się rzeczy i uciążliwych aktywności, ale na pewno jeszcze nie oczyściłam swojej przestrzeni na tyle, by czuć się w niej komfortowo. Gdybym jednak miała odpowiadać dziś…


Przed czym chroniły mnie niepotrzebne rzeczy?

Na pewno przed dokonaniem zmian w moim życiu. Jestem klasycznym przykładem osoby, która obawia się rewolucji w swojej codzienności. Co ciekawe, tyczy się to zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych aspektów. Uwielbiam poznawać nowych ludzi i miejsca, ale myśli o zmianie otoczenia, trybu pracy albo przeprowadzce wprawiają mnie w osłupienie. Paradoksalnie, gdyby ktoś zapytał mnie o życiowe cele – wszystkie one będą kręciły się wokół wyżej opisywanych zmian. Gdybym mocno uprościła cały schemat, wyglądałby on następująco: „nie zmienię pracy, choć mocno mi uwiera, bo mam bardzo duże wydatki”. Akurat pracę zmieniłam już jakiś czas temu, i jak dotąd jestem bardzo zadowolona ze swojej freelancerskiej drogi, ale w to miejsce można by wpisać mieszkanie, znajomych i wszystko inne co pochłania czas, pieniądze lub energię.  Co ciekawe, kiedy zaczęłam pozbywać się rzeczy wokół i przestałam kupować przedmioty, które nie są mi niezbędne, moja postawa odnośnie zmian także uległa modyfikacji. Skutkiem tego jest między innymi mój aktualny domowy tryb pracy.

Kiedy byłam młodsza, kupowane rzeczy (wtedy zazwyczaj były to ubrania) miały jeszcze jedną funkcję. Dawały mi poczucie akceptacji przez rówieśników. Dopiero 1,5 roku po przeprowadzce do Trójmiasta ten aspekt w całości zniknął. Wtedy też zaczęłam traktować Gdańsk  jak mój dom. To było pierwsze miejsce, o którym pomyślałam, że do niego pasuję i należę.

O czym chcę zapomnieć?

Myślę, że o wielu rzeczach, które mnie bolą. Jestem perfekcjonistką w „wyrzucaniu ze świadomości”. Dokładnie tak radzę sobie z traumatycznymi przeżyciami. Wrzucam je do worka i zastępuję nadmiarem rzeczy albo obowiązków, częściej tych drugich. W worku zazwyczaj raz na jakiś czas robią się dziury, więc ponownie ceruję je za pomocą innych spraw, ludzi i wydarzeń, które pozwolą skupić mi uwagę na czymkolwiek innym niż bolesna zawartość wora.

Jakie braki sobie w ten sposób rekompensuję?

To bardzo intymne pytanie i w moim przypadku odnosi się do innych ludzi, dlatego odpowiedź na nie pozostawię dla siebie.

Dlaczego tak szczelnie wypełniam swój terminarz, że nie starcza mi czasu nawet na sen?

W moim CV doświadczenie zajmuje ponad dwie strony A4, więc zdecydowanie to jedno z moich ulubionych pytań. Myślę, że gdybym je teraz zaktualizowała, mogłoby być nawet dłuższe, a mam przecież dopiero 25 lat (chyba pierwszy raz użyłam słowa „dopiero” w kontekście swojego wieku). Nie pamiętam, kiedy ostatnio pracowałam tylko 8 godzin. Rzadko miewam też wolne weekendy, a na wakacje zabieram laptopa. Jestem jedną z tych wiecznie zajętych osób. Kiedy ktoś pyta mnie o moje ostatnie projekty, bywa że brakuje mi czasu, by je streścić w kilku zdaniach. Resztę czasu spędzam na mieście z innymi ludźmi, sprzątając mieszkanie lub znajdując inne aktywności. Przyczyn tego pełnego grafiku jest kilka. Po pierwsze obawiam się, że wypadnę z obiegu, albo co gorsza – okażę się niekompetentna. Ciągłe poszerzanie kompetencji pozwala mi na lepszą organizację pracy i skuteczniejsze negocjacje. Zmęczenie jest efektem ubocznym. Po drugie – Mama zaszczepiła we mnie duże ambicje. Nawet, kiedy trochę odpuszczam, mam poczucie winy, że powinnam więcej! Przypomina mi o tym również środowisko, media i ogólna presja społeczna. Po trzecie – obawiam się o swój czysto materialny byt. Wreszcie po czwarte – boję się zaglądać do worka opisanego kilka linijek wyżej. Nie zawsze jestem w stanie go kontrolować, ale zabieganej zdarza mi się zapomnieć na chwilę o jego istnieniu.

Dokąd tak się spieszę?

Nie dokąd, a dlaczego? Ponieważ boję się, że z czymś nie zdążę, albo w przyszłości nie trafi się podobna okazja.

Czemu wciąż szukam nowych pomysłów i inspiracji, chociaż nie potrafię w pełni ich wykorzystać?

Bo spieszę się… Bo mam obawy, że… Bo ->patrz wyżej.


Napisałam te odpowiedzi na podstawie dotychczasowych doświadczeń. Nie trzeba być psychologiem, żeby dostrzec w nich wspólny mianownik, jakim jest strach. Nadmiar rzeczy i obowiązków jest w stanie go zagłuszyć, ale nie pozwala na zmierzenie się z nim.

Minimalizm dla zaawansowanych to ciekawe spojrzenie na to, jak pozbywanie się nadmiaru (rzeczy, relacji i obowiązków) wpływa na emocjonalną sferę życia każdego człowieka. Według mnie, minimalizm autorki chwilami jest bliski ascezie, jednak mam świadomość, że to kwestia indywidualna. Oprócz osobistej opowieści o zmianach, jakie zaszły w jej życiu, znajdziecie tam też trzy inspirujące rozmowy z osobami, które z różnych powodów wybrały prostotę. Zdecydowanie polecam Wam tę lekturę, w szczególności, że jej przeczytanie zajmuje zaledwie jeden wieczór.

Dołącz do dyskusji! 5 komentarzy

  1. Gdyby nie mój minimalizm kupiłabym tę książkę jeszcze dziś. Temat stał się modny, bo wyrosła potrzeba wokół upraszczania wszytskiego co się da. A ludzie przestali ogarniac swoją rzeczywistość, więc zapragneli diagnozy: nadmierny konsumcjonizm i sposobu na jego efekty uboczne: minimalizm, z którego również zrobiono kolejny produkt. Co co było oczywiste i za darmo teraz można kupić. Żyjemy w interesujących czasach..
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
  2. Wspanialy post:) mimo, ze to bardzo osobiste spojzenie to duzo w nim prawd uniwersalnych. Dziekuje, pozostawia kilka refleksji do przemyslenia:)

    Odpowiedz
  3. To wspaniała lektura, dająca do myślenia, myślę o niej do dzisiaj, chociaż przeczytałam ją już prawie miesiąc temu. Pozwala zaglądnąć w głąb siebie i swoich potrzeb.
    Też zrecenzowałam książkę u siebie na blogu.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz