25 kwietnia 2014

Wielkie bale, wielkie starania i jeszcze większe katastrofy

IMG_5547

W tym roku czekają mnie dwa wesela. Przynajmniej o tylu na razie wiem. Chyba znalazłam się w przedziale wiekowym, w którym będzie ich w moim otoczeniu już tylko więcej. To trochę niepokojące, ale nie o tym chciałam tu pisać.

Pierwsze wesele czeka mnie już jutro. Jeszcze nie zaczęłam się do niego przygotowywać, a już dwie rzeczy nie poszły po mojej myśli. Przede wszystkim nie powinnam pisać tego posta leżąc w łóżku, a przynajmniej nie w swoim, a to robię! I wcale nie jestem chora! Planowo miałam być właśnie w podróży i radośnie śpiewać swojemu partnerowi weselnemu piosenki w samochodzie, licząc że mnie z niego nie wyrzuci. Co mnie więc powstrzymało? Uprzedzę nasuwającą się na myśl „przyzwoitość” – to nie to. Wszystkiemu winne jest moje roztargnienie, nieuwaga i „nieogar” – zwał jak zwał! Nie przyjaźnię się ze swoim kalendarzem i z uporem maniaka wciskam tam rzeczy jedna na drugą, często nie będąc tego nawet świadoma. W ten sposób jutro w tym samym czasie idę do pracy i na ślub. W praktyce zaś najpierw udaję się na otwarcie Sinsay w Galerii Bałtyckiej, o którym pisałam już na fanpage i na które Was serdecznie zapraszam, a potem wbiegam do auta, które przez trzy godziny podróży będzie służyło mi jako garderoba i łazienka. Gdybyście w okolicach 17.00 zauważyli dziewczynę świecącą cyckami w samochodzie, który znacząco przekracza dozwoloną prędkość, możecie być pewni, że siedzę w środku. Mam już sukienkę, torebkę i buty, choć w przypadku tych ostatnich też nie obyło się bez wpadek. Oczywiście zdążyłam kupić dwie pary, ponieważ pierwsze okazały się nie być tak wygodne, jak podczas przymiarki w sklepie. Trochę się boję, co jeszcze może się do jutra wydarzyć i liczę, że ten post okaże się być dobrą wróżbą.

Kiedy staramy się ZA BARDZO, coś zawsze musi pójść nie tak! Coś albo wszystko! W szczególności, kiedy mowa o wielkich uroczystościach, balach i imprezach. Automatycznie przypomina mi się studniówka. Kiedyś przywiązywałam do niej ogromną wagę. Tak jakbym przez skórę wyczuwała, że kończy się pewien etap w moim życiu. Jednak nie byłam w tych uczuciach odosobniona. Moje koleżanki, podobnie jak ja, chciały by ten wieczór był idealny i wyjątkowy. Z całą pewnością przypominałyśmy jedną wielką konsumpcyjną sektę. Solarium, kosmetyczka, paznokcie, fryzjer, jeszcze raz kosmetyczka, sukienka, okrycie wierzchnie, buty, biżuteria, torebka, bielizna, makijaż, wejściówki, procenty (nie bądźmy hipokrytami, to też trzeba wrzucić w koszty) i transport. W większości podróżowaliśmy samochodem, ale czasem pojawiała się jakaś limuzyna. Opowiem Wam tę historię w nadziei, że nie powtórzy się podczas żadnej z kolejnych uroczystości.

Cofnijmy się do samego początku, czyli okresu na kilka miesięcy przed wielkim balem. Pech chciał, że właśnie wtedy zakończył się mój sześcioletni związek. Nie dość, że sądziłam iż pękło mi serce, uleciała wizja studniówki idealnej. Nie wiedziałam nawet czy chcę na nią iść. Ostatecznie za namową przyjaciółki uznałam, że nie ominę tak wielkiego wydarzenia. Trzeba było jednak znaleźć nowego partnera i tu zaczyna się komedia, romantyczna rzecz jasna.

Od czego ma się koleżanki? Możecie mi wierzyć lub nie, ale moja przyjaciółka urządziła niepisany casting. Oczywiście nie nazywałyśmy tego w ten sposób, a na pewno nie przy uczestnikach tej potwornej zabawy. Zorganizowałyśmy dla mnie serię spotkań z potencjalnymi kandydatami. W życiu nie chodziłam na tyle randek, co wtedy! Przed każdą uczyłam się imienia faceta, z którym miałam się zobaczyć. Pomyłka mogłaby okazać się bardzo bolesna! Z jednym z nich pojechałam nawet na tydzień w góry. Wszystko po to, żeby dowiedzieć się, który sprawdzi się najlepiej w swojej roli. Jako młoda dziewczyna, której nerwy zostały mocno nadszarpnięte rozstaniem, często zmieniałam zdanie. Dyrektorka mojego liceum załamywała ręce, za każdym razem, kiedy odwiedzałam jej gabinet w celu zmiany nazwiska na liście zaproszonych. Ostatniej zmiany dokonałam na dwa dni przed balem i choć do samego końca nie byłam przekonana o słuszności swojego wyboru, problem został rozwiązany.

Podobnie jak moja koleżanki, ja także rozpoczęłam żmudny proces przygotowań swojego ciała na tę wyjątkową noc. W tym celu zawarłam nawet pakt z diabłem i zrobiłam dwie niewybaczalne rzeczy. Po pierwsze trzykrotnie udałam się na solarium (ja, która nie toleruje żadnej opalenizny na sobie!). Podobno tyle miało wystarczyć, bym nie wyglądała jak upiór w wieczorowej sukience. Po drugie, zrobiłam sobie tipsy u kosmetyczki. Nie takie długie szpony, ale jednak sztuczne paznokcie. W tym miejscu jest mi tak wstyd, że chętnie zrzuciłabym wszystko na ogarniającą mnie wtedy depresję.

Jeśli chodzi o bieliznę i biżuterię, poszło chyba gładko, jednak schody zaczęły się w przypadku sukienki. Jako przyszła blogerka modowa oczywiście miałam swoją wizję. Wiem, że istnieje zwyczaj mówiący o tym, że na studniówce pojawiamy się w ciemnej (burgundowej, szmaragdowej, granatowej itp.) lub czarnej sukience. W mojej szkole był to nawet więcej niżeli zwyczaj. Nie muszę chyba wspominać, że miałam go raczej za nic. Zresztą jak wszystkie zasady, które nie mają swojego racjonalnego uzasadnienia. Wymyśliłam więc, że przyjdę w sukience do ziemi w kolorze écru. Oczywiście nie znalazłam takiej ani w sieciówkach ani sklepach internetowych, aż w końcu trafiłam na Allegro na aukcję, gdzie jakaś firma ze Stanów szyła podobne na miarę. Cena oczywiście była adekwatna do projektu, czyli zdecydowanie zbyt wysoka! Pokazałam ją mamie, a ta początkowo mnie wyśmiała. Zupełnie się jej nie dziwię. Ja na jej miejscu podałabym swojej córce termometr i kazała sprawdzić, czy nie ma przypadkiem gorączki. Jednak nie mogłam dać za wygraną. Znalazłam to czego szukałam, więc wyciągnęłam najcięższe działo, argument, obok którego żadna kobieta nie przejdzie obojętnie. Z płaczem w oczach, powiedziałam: „Mamo, ja muszę wyglądać lepiej niż ona. Wiesz o tym”. Mówiąc o „niej” miałam na myśli ówczesną partnerkę mojego wtedy już eks chłopaka. Mama w końcu zmiękła, a ja zaczęłam ustalać szczegóły ze sprzedawcą na allegro. Procedura okazała się na tyle skomplikowana, że wpadłyśmy na pomysł, by ten sam lub podobny projekt (w każdym razie projekt idealny) zlecić dobrej krawcowej. W końcu zajmując się tym na miejscu, mogłam mieć większy wpływ na efekt końcowy. Tak też zrobiłyśmy i przez kolejne dwa miesiące powstawała moja sukienka. Udało się!

Dzień wielkiego balu

Nie pamiętam dokładnie, ale impreza miała rozpocząć się w okolicach 19.00. Niestety wizytę u fryzjera miałam jakoś rano, więc nie było mowy o tym, bym mogła się wcześniej wyspać. Łatwo się domyślić, że tego dnia grafik wszystkich salonów był zapełniony po brzegi, więc pamiętam, że cieszyłam się, że w ogóle znalazłam jakiekolwiek wolne miejsce. Przyszłam o wyznaczonej porze, a fryzjerka zrobiła mi loki, które rzekomo miały wytrzymać do wieczora, a potem przez całą noc. Zadowolona wróciłam do domu, po czym spojrzałam w lustro, a po lokach nie było już śladu. Zostały tylko fale. Wyglądały ładnie, ale przeraziłam się, że wytrzymały tak krótko. Nie zastanawiając się długo, włożyłam sukienkę, biżuterię, buty, by sprawdzić jak prezentuje się całość. Było ok, gdyby nie fakt, że fale zaczęły coraz bardziej przypominać moje naturalnie proste włosy. Byłam wściekła. Wiedziałam, że mogę wrócić do salonu i prosić o ich poprawienie albo zwrot pieniędzy. Miałam jednak świadomość, że kolejka tam rosła z godziny na godzinę, więc nie mam szans wbić się między dziewczyny. Wymyśliłam więc, że pożyczę lokówkę od przyjaciółki i poprawię je sama. Ściągnęłam sukienkę, buty i biżuterię, rzuciłam je na łóżko, po czym pobiegłam po nieszczęsną lokówkę. Kiedy wróciłam do domu, doznałam szoku. Nie! Kłamię. Wpadłam w furię! Weszłam do swojego pokoju i zastałam Cappucinę (tak, mojego słodkiego psiaka) leżącą na mojej sukience. To jeszcze nic. W pyszczku trzymała kolczyki (były to piórka)! To był pierwszy i ostatni raz, kiedy podniosłam na nią głos.

Nerwy mi puściły. Przepłakałam całe popołudnie, jednocześnie trzymając w ręce lokówkę i próbując przywrócić lokom ich dawną świetność. Moja mama zaś z suszarką w ręku walczyła z oślinionymi piórkami. Obie czynności zakończyłyśmy z dobrym skutkiem, więc to zamaskowanie opuchniętej od płaczu buzi okazało się największym wyzwaniem wieczoru.

Na samej studniówce bawiłam się bardzo dobrze! Prawie w ogóle nie schodziłam z parkietu. Jako że miał zielony kolor, dół mojej sukienki również zmienił barwę. Już się tym nie przejmowałam! Przestałam się starać… i pewnie dlatego wspominam ten dzień z uśmiechem! Może też dlatego, że z upływem czasu taki historie po prostu wydają się być zabawne.

Trzymajcie kciuki, żebym na jutrzejsze wesele dotarła cała, obcas się nie złamał, tusz nie rozmazał, szminka nie została na zębach! A jeśli nawet jakaś z tych rzeczy się wydarzy, trudno. Będę miała kolejną historię, którą będę mogła Wam tutaj opowiedzieć! Tymczasem zabieram za pakowanie. Jeśli macie ochotę zobaczyć, jakiej metamorfozy można dokonać w rozpędzonym samochodzie, zapraszam do śledzenia mojego Instagrama!

Dołącz do dyskusji! 20 komentarzy

  1. Chyba zawsze tak jest, że im bardziej się staramy, tym bardziej nie wychodzi 😉
    Pokaż foto ze studniówki!

    Odpowiedz
  2. I to jest właśnie to 🙂 pewne rzeczy wydają sie tragedią. Świat się wali, nikt nas nie rozumie. Czasami wystarczy, ze minie kilka dni i już patrzymy na to jak na świetną anegdotke 😀

    Odpowiedz
  3. Miałam okazję być gościem na Twojej studniówce, pamiętam doskonale, że razem z obecną tam przyjaciółką (znając Twojego ex chłopaka) plotkowałyśmy między sobą, że wyglądasz sto razy lepiej niż „Ona”, więc mimo tych perturbacji wszystko wyszło znakomicie 😀
    Pozdrawiam 🙂

    Odpowiedz
  4. Fajnie, że się w końcu dobrze bawiłaś. Moja studniówka była beznadziejna, i nie przygotowywałam się nawet do niej jakoś specjalnie. Też zerwałam niedługo przed i nie szukałam nawet nowego partnera, bo stwierdziłam, że to olewam. Nie poszłam do solarium ani kosmetyczki, sukienkę kupiłam na kilka dni przed akcją, buty i bieliznę też. Za całą biżuterię miałam stare perły, z czego naszyjnik i kolczyki z Jablonexu [więc „perły] i bransoletkę,prawdziwą, pożyczoną od mamy. Do tego torebka i szal też mamy. Fryzjer to była porażka absolutna. Poszłam z przyjaciółką. Ona chciała mieć loki i fajnie jej zrobili, a ja zamówiłam fryzurę a la lata 30, bo sukienka i buty były tez w takim stylu. Fryzjerka kompletnie nie wiedziała, jak ma mnie uczesać. Usiłowałam wytłumaczyć [chodziło o te takie charakterystyczne „fale” z przodu, jak u Marlene Dietrich], lecz nie zrozumiała i zrobiła mi obrzydliwy kask z czymś w rodzaju zakręconych pejsów przyklejonych [!] do policzków lakierem… . Pamiętam, jak ryczałam, kiedy to zobaczyłam! W domu nie było już czasu, żeby umyć włosy, więc tylko wyczesałam lakier. Miałam po tym taką jakby kwadratową fryzurę, która na zdjęciach – delikatnie mówiąc- nie wyglądała najlepiej. Ja Frania z mięsnego. Makijaż robiłam sama i też się niespecjalnie popisałam 😛 . Zabawa była kiepska, nudno, nie piliśmy w sumie, a potem pojechaliśmy wszyscy do klubu, gdzie było trochę lepiej, ale też słabo. Nie byłam do tej pory na żadnym „wymarzonym balu” [oczywiście mam taki jak chyba każda dziewczyna].

    Odpowiedz
  5. Mam nadzieje, że kiedyś pokażesz nam zdjęcia ze studniówki:) Buty ze zdjęcia są rewalacyjne? Gdzie je dostałaś? Życzę udanej zabawy 🙂

    Odpowiedz
    • Dziękuję;). Buty kupiłam w Stradivariusie. Bardzo podobne tylko trochę droższe są też w Mango.

      Jeśli zaś chodzi o zdjęcia ze studniówki, jak znajdę jakieś w miarę reprezentacyjne, na pewno pokażę. Pamiętam, że zrobiliśmy ich bardzo niewiele. To zabawne, jak od tamtego czasu wszystko się pozmieniało. Dziś na każdej większej uroczystości robimy setki zdjęć. Wtedy to nie było tak ważne 😉

      Odpowiedz
      • Dziekuję za linka do butów:) A nie miałaś fotografa studniówkowego? Pamietam, że dość popularne było zamawianie fotografów na takie bale. Chociaż moje zdjęcie klasowe jest okropne, bo część osób jest w jakiś dziwny sposób doklejona. Chyba w Paincie…

        Odpowiedz
  6. Przypomnialas mi moja studniowke! Teraz mi jest po prostu smiesznie, ile nerwow i staran bylo wlozone w te tak „wielkie” swieto 😉 Ech, lubie Cie coraz bardziej, Kapuczino 🙂

    Odpowiedz
  7. Skąd są te buty ze zdjęcia? 😀

    Odpowiedz
  8. Sorry że to powiem Paulina ale zawsze wyglądałas mi raczej na tę bardziej grzecznych „późnych dziewic” a tu proszę, od 13 roku życia chłopak 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz