26 października 2018

Nie taka znowu perfekcyjna

Nie taka znowu perfekcyjna strefa kobiet

Sięgam pamięcią czasów podstawówki. Właściwie sięgam znacznie dalej, ale to o podstawówce chcę Wam teraz opowiedzieć. Byłam wzorową uczennicą, taką z szóstkami w dzienniczku, ewentualnie piątkami, bo czwórki nie wchodziły w grę. Dostałam jedną jedyną pałę. Za dyktando! Wyobrażacie sobie?! Biorąc pod uwagę to, że po kilku latach wylądowałam na filologii polskiej, ta pała wybrzmiewa jeszcze głośniej… Moja mama bardzo dbała o to, żebym dobrze się uczyła. Jeszcze zanim poszłam do zerówki, biegle pisałam, czytałam i liczyłam. Chyba właśnie dlatego początki szkoły wydawały mi się tak przyjemne, a nauka przychodziła bez najmniejszych problemów. Byłam zawsze pierwsza, zawsze najlepsza. Bardzo mi się to podobało.

Później nie było mi już tak lekko. Nauka w szkole opiera się głównie na zapamiętywaniu faktów. No może poza przedmiotami ścisłymi, które, jeśli ktoś dobrze nam wytłumaczy, wydają się być logiczne. Ja nigdy nie byłam mistrzynią wkuwania na blachę. Nawet dziś nie pamiętam o urodzinach czy ważnych rocznicach. Kiedy uczyłam się wierszy, zajmowało mi to wieki. Dla porównania, mój brat, który tylko mnie odpytywał, po kilku powtórzeniach był w stanie recytować je samodzielnie. Mimo to, uczyłam się, głównie nocami, bo z jakiegoś powodu tak było mi najwygodniej. Zakuć, zdać, zapomnieć – znacie to? U mnie oznaczało to zakuć, zdać najlepiej w klasie i zapomnieć. I wiecie co? Zapominałam! Po dniu nie kojarzyłam wydarzeń, nazwisk czy dat. Byłam już na tyle dojrzała, żeby wiedzieć, że ta wiedza do niczego mi się w życiu nie przyda, a szóstka w dzienniku nie zapewni mi wspaniałej kariery. Już w podstawówce miałam świadomość, że studia nie są gwarantem sukcesu, a tytułami naukowymi nie zapłacę za chleb czy mieszkanie. Dlaczego więc nie odpuściłam? Dlaczego nie uczyłam się tylko tego, co faktycznie mnie interesowało i było przydatne? Czy rodzice tak mocno na mnie naciskali? Otóż nie. Pamiętam, jak mama powtarzała, że nie uczę się dla ocen. Więc po co? Zastanawiałam się w duchu.

Dzień jak co dzień. Uczniowie otrzymali pracę dodatkową, taką, za którą można dostać ocenę celującą. Polegała ona na wykonaniu geometrycznej bryły, wielościanu. To jest ten rodzaj zadania, z którym idziesz do rodzica, bo jest zbyt skomplikowane albo wymaga użycia odpowiednich narzędzi. Dodam, że wymyśliłam sobie wielościan z metalowych prętów. Tata wrócił do domu po 22.00. Pracował na drugą zmianę. Zjadł kolację, po czym zaczął ze mną składać ten wielościan. Żadnym sposobem nie udawało nam się uzyskać równych kątów. Tym razem to ja oczekiwałam od niego, że będzie dokładny, że sprosta temu zadaniu. Przecież wzorowa uczennica musi przynieść do szkoły tę przeklętą bryłę! Mijały godziny, bryła nie trzymała się kupy, zmęczenie i frustracja narastały. W pewnym momencie ojciec rzucił bryłą o ścianę. Rozpadła się. Rozpłakałam się i poszłam do siebie. Następnego dnia tata zaczął od początku i zrobił nowy wielościan. Dostałam szóstkę. Byłam perfekcyjna.

Moja mama była uzdolniona muzycznie i plastycznie. Ja teoretycznie coś tam po niej odziedziczyłam, ale bardziej coś niż całość. Zawsze, gdy przygotowywałam prace na plastykę, pod koniec z zimną krwią je oceniałam. Od dziecka potrafiłam spojrzeć na sprawy z dwóch stron – emocjonalnie i z naukowym wręcz obiektywizmem. Mogłam więc przewidzieć, jak oceni mnie nauczycielka. Jeśli nie udawało mi się stworzyć rysunku na szóstkę, do gry wkraczała mama. Na moją prośbę rzecz jasna. Ile jej prac widziała moja nauczycielka, to głowa mała.

Nie taka znowu perfekcyjna - czerwona sukienka w kwiaty

Oczekiwania potrafią mieć zawoalowaną formę. Nie muszą być nawet wypowiedziane. Najpierw rodzic pokłada w Tobie nadzieję. Potem cieszy się z sukcesów. Ty również się cieszysz. Czujesz się wyjątkowa. Inni Cię chwalą. Widzą jakąś wersję Ciebie, a Ty nie chcesz im pokazać, że to wersja wymyślona. Że ta wersja ma swoje niedoskonałości.

Nie byłam grzeczna ani tym bardziej ułożona, ale wiedziałam, co mam powiedzieć i jak się zachowywać, żeby tak o mnie myślano. Dopiero w liceum trochę odpuściłam. Zakochałam się i nie chciałam poświęcić najlepszych lat na naukę 24h na dobę. Wciąż jednak walczyłam o świadectwo z paskiem (zawsze z pozytywnym skutkiem), choć w liceum miało ono jeszcze mniejsze znaczenie, bo liczył się przecież wyłącznie wynik matury. Ale nauczyciele mieli swoje oczekiwania, a ja czułam tę presję tak wyraźnie, jakby ktoś wbijał mi szpilki w całe ciało. Nie ma nic złego w oczekiwaniach. Ale wiele z nich prowadzi donikąd.

Dopiero na studiach przestałam być prymuską i rozprawiłam się z chorym dążeniem do perfekcji. Wszystkim wydaje się, że filologia polska to takie kreatywne zajęcie. Jeśli mam być szczera, nie przychodzi mi do głowy bardziej odtwórczy kierunek. Razem z filozofią, historią i pewnie kilkoma innymi mogą przybić sobie piątkę. Są równie niepraktyczne. A ja wiedziałam, co chcę robić i po co zaczęłam studiować. Nie dlatego, że lubię literaturę. To jedna z większych głupot, którą powtarzają sobie studenci filologii polskiej. Jeśli lubisz literaturę, czytaj ją w zaciszu domowym. Nikt nie musi Cię chyba do tego przekonywać? Nauka jest inwestycją w przyszłość. Ma nas wyposażyć w szereg kompetencji potrzebnych do wykonywania danego zawodu. Dlaczego ten najważniejszy aspekt edukacji jest wciąż pomijany? Kiedy zrozumiałam, jak bardzo się pomyliłam, a stało się tak w pierwszym miesiącu studiowania, obiecałam sobie, że ograniczę się do niezbędnego minimum, a swój czas poświęcę na samorozwój, pogłębianie pasji oraz szukanie tego, czym w przyszłości faktycznie chciałabym się zajmować.

Mimo to, pochłaniałam tak wiele bezużytecznej wiedzy, że do dziś wydaje mi się to kuriozalne. Wszystkie koła i egzaminy zdałam w pierwszym terminie. Nie dlatego, że byłam idealnie przygotowana albo dlatego, że byłam pasjonatką literatury. Na tym etapie wiedziałam już, że mój czas jest bardzo ważny, więc nie będę poświęcać go na bezsensowne poprawki.

Bardzo się cieszę, że się wtedy opamiętałam. Że nie walczyłam o same piątki. Nie przeczytałam wszystkiego. Że raz na zawsze skończyłam z tą perfekcyjną uczennicą. Zostałabym dziś z ręką w nocniku, z super indeksem, ale bez perspektyw na przyszłość. Pewnie też z pustym kontem w banku.

Teraz z przyjemnością się uczę, ale wybieram takie obszary wiedzy, które są mi przydatne w życiu – w prowadzeniu działalności internetowej czy w relacjach z innymi ludźmi. Czytam książki autorów, którzy wiedzą, jak opowiadać historie i biografie ludzi, których dorobek podziwiam. Tylko w ostatnim miesiącu skończyłam dwa kursy – jak założyć markę odzieżową oraz przerobiłam poradnik dotyczący Instagrama. Różnica polega też na tym, że teraz nikt mnie nie ocenia. Wiedzę, którą zdobyłam, wykorzystuję w praktyce. Czy jestem perfekcyjna? Ani trochę. Staram się za to być skuteczna.

Ten perfekcjonizm jest niejako wpisany w moją naturę i wiem, że nie jest to tylko mój problem. Równie dobrze mogłabym napisać, że jest wpisany w kobiecą naturę. Choć wydaje się być nieosiągalny i… w gruncie rzeczy mało atrakcyjny, a nawet nudny.

Perfekcjonizm uwiera. Sprawia, że nigdy nie jest się w pełni z siebie zadowolonym. Atakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Kiedy właśnie piszesz tekst, który ostatecznie nie ujrzy światła dziennego, bo jegomość perfekcjonizm nie pozwoli. To presja, którą wytwarzasz sama, ale równie często wytwarzają ją otaczający Cię ludzie.

Nie taka znowu perfekcyjna - czerwona sukienka w kwiaty

Był taki moment, kiedy presję bycia perfekcyjną odczuwałam tutaj na blogu. Po Waszych komentarzach, ale też po opiniach ludzi z zewnątrz mogłam wywnioskować, że widzą obraz atrakcyjnej kobiety, która ma poukładane, różowe życie. Na swoje aktualne życie nie narzekam, nie w tym rzecz. Ale daleko mu do perfekcji i – co ważne – w ogóle do tej perfekcji nie dążę. Z ratunkiem przyszło mi Instagram Stories. Uwielbiam blogowanie, ale zdjęcia i tekst nie są w stanie oddać wszystkiego. Na Instagramie twarz ze zdjęć zyskała głos i mimikę. Może pogadać z Wami o rzeczach ważnych, ale też tych błahych. Pokazuje swoje fuckupy, dres, buzię bez makijażu… i największą miłość, Figę. Pośmieje się, zażartuje, zdenerwuje. Pokaże bałagan w mieszkaniu. I to, że myli buraki z batatami.

Dążenie do ideału nie dotyczy jednak tylko dzieci czy bardzo młodych dziewczyn. Kobiety starają się być perfekcyjnymi matkami, pracowniczkami, kochankami. Walczą o idealne domy, posiłki i święta. I są tą walką sfrustrowane.

W jakim miejscu kończy się więc szeroko rozumiany rozwój osobisty, a zaczyna spalające dążenie do perfekcji? Moim zdaniem tam, gdzie kończy się sens naszych działań. Szóstka w dzienniku albo przeświadczenie innych o życiu usłanym różami nie przyniosło mi wymiernych korzyści. Co najwyżej kilka rozczarowań. Perfekcjonizm jest ściśle skorelowany z oceną – samooceną oraz oceną innych. Samorozwój tej presji i oceny powinien być pozbawiony.

Dzisiejszy post powstał we współpracy z marką Quiosque, która stworzyła swój kanał na Youtube – Strefę Kobiet. Quiosque skupia się nie tylko na modzie jako nieodłącznej części kobiecego świata, ale wychodzi również dalej – otwiera się na uniwersalne problemy kobiecości. Stąd pomysł, by stworzyć własną przestrzeń na YouTube. Mówić otwarcie, bezpośrednio i z empatią o pielęgnacji, kobiecym lifestyle’u, przełamywać tabu i wymieniać się doświadczeniami. Ja dziś opowiedziałam Wam o moim perfekcjonizmie, który nie dał mi nic, za to przysporzył wielu nerwów. Czy znam jakiś sposób, by to dążenie do perfekcji ograniczyć? U mnie działa tylko jedno. Za każdym razem, kiedy jeszcze odzywa się we mnie Paulina perfekcjonistka (a dzieje się tak już bardzo rzadko), niczym wprawny przedsiębiorca zadaję jej pytanie: co będziesz z tego miała? Będziesz szczęśliwsza? Bogatsza? Czy komuś tym pomożesz? Ten sposób zawsze działa, bo odpowiedź jest też zawsze taka sama – nie.

Nie taka znowu perfekcyjna - czerwona sukienka w kwiaty

Dołącz do dyskusji! 17 komentarzy

  1. Wpis mnie “potyrał” ponieważ sama ochoczo dążę do perfekcji, wszystko musi być taktowne, wymuskane w taki sposób, żeby tworzyło wręcz iluzję. Dobrze, że chociaż jako czytelnik można być sobą 🙂 Mam nadzieję, że coś się we mnie ruszy i trochę zwolnię 🙂

    Odpowiedz
    • Polecam. Świat się nie zawali, jeśli nie będziemy perfekcyjni. W końcu nie zawalił się do tej pory. Tak mi się wydaje, że my sami wewnętrznie nie mamy potrzeby, żeby dążyć do perfekcji, ale chcemy być tacy w oczach innych. W końcu podziw jest bardzo miłym uczuciem. Osobiście bardzo dobrze mi się żyje w moim nieperfekcyjnyn świecie, z tym, że nie gotuje, a mieszkanie chyba nigdy nie było wysprzątane na błysk.

      Odpowiedz
  2. Piękna sukienka. Można zapytać skąd i poprosić o link?
    Dzięki.

    Odpowiedz
  3. Czytając ten tekst miałam wrażenie, że jest o mnie… Ja też zbyt często dążyłam do perfekcji, powodując tym samym utratę zdrowia fizycznego i psychicznego, ale od kilku miesięcy staram się podchodzić do wszystkiego z dystansem i na luzie. Jestem szczęśliwsza odkąd zrozumiałam, że nic się nie zawali jeśli coś nie będzie zrobione perfekcyjnie Pozdrawiam

    Odpowiedz
  4. Zdecydowanie nie zgodzę się, że polonistyka czy filozofia są odtwórczyni kierunkami! Może nie gwarantują sporej sumy na koncie za kilka lat (chociaż to zależy od pomysłu na siebie). Ja jestem tego świadoma, a studiuję z pasji (!) dla literatury. I nie, nie wystarczy czytać w zaciszu domowym – to może wystarczać jedynie fanom procesu czytania, a nie zaś sluzyc zgłębianiu literatury, bo w codziennych życiu nie ma na to po prostu czasu. Jeśli ktoś chce poznać teorię literatury czy poetykę dzieł – nie ma lepszego kierunku. A to, że filologia polska to niekreatywny kierunek – bzdura. Pewnie to zależy od zaangażowania, ale mnie te studia nauczyly pogłębionego krytycznego nyslenia, w każdym dziele literackim można znaleźć jakiś problem, dana myśl z którą konfrontujesz swoje poglądy. Piszę ten komentarz, nie żeby na Ciebie naskoczyc, Kapuczino, a po to, by zdać relację tę z drugiej strony medalu – od pasjonata literatury i osoby, która zachęca do jej studiowania, jeśli ktoś się nią naprawdę intresuje. Warto pamiętać że bez pasji do języka czy literatury studiowanie polonistyk będzie tylko przykrym “odtwórczym” obowiązkiem. Potencjał w kierunku jest ogromny, tylko musi się chcieć go odkryć.

    Odpowiedz
    • Zgadzam się 🙂 Może na tych kierunkach nie uczy się konkretnego zawodu, ale za to na pewno zdobywa się mnóstwo kompetencji, które pomagają w znalezieniu pracy i których obecnie pracodawcy poszukują – przykład choćby tutaj: https://natemat.pl/231353,praca-dla-filozofa-absolwenci-odnajda-sie-w-nowych-technologiach

      Odpowiedz
      • Tamriss, doceniam Twój komentarz i podejście. Wierzę, że dzięki niemu przeżyłaś polonistykę lepiej niż ja 🙂 Ale też (niestety?) tylko potwierdzasz moją tezę. Jesteś fanką literatury i oczywiście tę literaturę na studiach mogłaś zgłębiać. Tylko czy wyposażyła Cię ona jakiekolwiek kompetencje poza szybkim czytaniem i omawianiem tego, co przeczytałaś? Odpowiedz sobie sama. Mnie na pewno nie wyposażyła. Cała moja 7-letnia kariera copywritera i blogera opiera się na tym, że musiałam oduczyć się wszystkiego, co mi na filologii wpajano. “Pogłębione krytyczne myślenie” i cała reszta, którą opisujesz, nie ma związku z kreatywnością. Kreatywność (już nawet odwołując się do samej definicji) to postawa twórcza! Osobie z zewnątrz wydaje się, że po filo będzie przynajmniej doskonale operować tekstem. Takie minimum z minimum. Na filologii czytasz i interpretujesz (albo częściej posiłkujesz się tym, co o dziele napisali inni).Taki jest podstawowy schemat zajęć, a także samych egzaminów. Tu nie ma żadnego wyjścia poza nawias, nauki opowiadania historii ani nawet warsztatu pisarskiego. Gdyby filologia była kierunkiem kreatywnym, to na podstawie zdobytej wiedzy, studenci tworzyliby swoje nieodtwórcze dzieła/teksty/książki/a może scenariusze filmowe (wpisz dowolny gatunek czy produkt). Tak też byliby egzaminowani. Nauka na filologii polskiej jest równie kreatywnym zajęciem, co pisanie rozprawek pod klucz. Jeśli mam być szczera, więcej o warsztacie pisarskim i kreatywności dowiedziałam się na zajęciach Tkaczyka czy Jasona Hunta. I niestety mogę też z pełnym przekonaniem przyznać, że sama przekuję więcej swoim kursantom.

        P.S. Swój komentarz odnoszę do wszystkich specjalizacji oprócz nauczycielskiej. Tam czytanie lektur, które powtarza się od podstawówki ma sens, bo potem w tym samym idiotycznym schemacie nauczania lektury te opisuje się uczniom w szkole.

        Odpowiedz
        • Nie rozumiem, że oczekiwałaś na polonistyce kreatywnego pisania. To jakby pójść na budowlankę i dziwić się, że nie ma na niej malarstwa sztalugowego… jeśli na zajęciach tylko odtwórczo dyskutowaliście z naukowych “bryków”, to miałaś kiepskich ćwiczeniowców/wykładowców.
          A co do “niepotrzebnej” wiedzy na 6, by zakuć, zdać i zapomnieć – to nie wina edukacji, a podejścia Twojego do nauki w ogóle.
          Wiem, że na zagranicznych uczelniach jest coś takiego jak warsztaty z kreatywnego pisanią. Uczy się tam pewnych “technik”. I produkuje pisarzy. Ale czy koniecznie dobrychbi kreatywnych, to inna sprawa.
          Na malarstwie na ASP – może Ciebie zaskoczę – też nie uczą kreatywności – ty masz się nią wykazać… – tak jak to ze studiami jest – studere – z łaciny – oznacza samotne pogłębianie zagadnienia…
          Jak pisałaś, chciałaś być “perfekcyjna” i łączyłaś to z oceną, a nie z wiedzą rozumianą jako mądrość. Może nie jest Ci praktycznie potrzebna wiedza, na co można rozbić DNA lub z czym się je fizykę kwantową w odróżbieniu od newtonowskiej… ale ja wychodzę z założenia, że lepiej jednak wiedzieć niż nie wiedzieć. Pozdrawiam.
          Ps – sukienka ładna.

          Odpowiedz
        • Kapuczino, to oczywiście Twój blog i publikujesz tutaj co chcesz i wyrażasz swoje poglądy, ale chyba po prostu za bardzo generalizujesz i subiektywne odczucia wynikające z rozczarowania i być może źle wybranego kierunku podajesz czytelnikom jako pewnik. Czy studiowałaś też filozofię i historię, że oceniasz je równie źle jak filologię? 🙂

          Odpowiedz
          • Oczywiście, w tekście opisuję swoją historię. Gdybym opisywała historię kogoś innego, na pewno bym to zaznaczyła :). A generalizacji mogę dokonać bez problemu, i przede wszystkim bez cienia wątpliwości, ponieważ cały system edukacyjny ma swoje ramy. Jest coś takiego jak podstawa programowa w szkole, ale też podobną podstawę mają lub zakładają (tego nie wiem) wykładowcy na studiach. Ja ludziom, którzy patrzą na swój rozwój w sposób utylitarny, filologię polską będę odradzać. Tak samo jak będę odradzać pogoń za wysokimi stopniami. Zmęczą się, ale co gorsza – zmęczą się, nie uzyskawszy najmniejszego rezultatu.

            Jeśli ktoś studiuje dla studiowania i jest fanem literatury, to kierunek idealny dla niego. Tylko to trochę długie i kosztowne wakacje 😉 Dla całej reszty, która uczy się po to, by zdobyć kompetencje potrzebne do wykonywania zawodu innego niż nauczyciel, nie ma czego szukać na filo.

            P.S. Nie studiowałam filozofii ani historii, ale wielokrotnie oglądałam siatki zajęć na tych zajęciach. Mogę je więc spokojnie wrzucić do tego samego worka.
            P.S. 2 Historie dotycząca studiów czy podstawówki mają tylko zobrazować temat, jakim jest bezsensowne dążenie do perfekcji, które nie przynosi wymiernych korzyści Gdybym miała napisać tekst o systemie edukacji w ogóle, nie byłabym tak optymistyczna 🙂

          • Ja się w 100% z Kapucziną zgadzam. Nasze podatki idą na edukację, nie dlatego, że ma się nam podobać. Ma nas przygotować do pracy. Dać nam kompetencje, potrzebne do wykonywania działań. W mojej agencji – a zajmujemy się głownie pisaniem tekstów na strony,pozycjonowaniem, itd. czyli bazujemy prawie wyłącznie na słowie pisanym) podchodzimy sceptycznie do pracowników po polonistyce albo filozofii, bo choć są oczytani, to za to oczytanie im nie płacimy. To właśnie takie podejście jest w naszej i wielu agencjach reklamowych tępione. Interesuje nas, co pracownik jest w stanie dla nas zrobić, a nie ile teorii na ten temat będzie miał. Są one bezwartościowe. Owszem są wyjątki po filo, które wpraktyce radzą sobie doskonale (m.in. Kapuczina). Ale są to już wypracowane przez nich kompetencje, a nie zasługa kierunku. A co do warsztatu pisarskiego, zadziwiajace jest, ze każdy po tych studiach pisze tak sztywno i sztucznie (taki to wpływ studiów, które teoretycznie opierają się na słowie) i nie potrafi stworzyć czegoś, co by z tego schematu wyszło. Mijają miesiace,aż taki pracownik przestawi się na różne formy, a i to nie zawsze.

  5. Naprawdę szkoda, że to takich prostych prawd dojrzewa się tak późno. Ja miałam świadomość, że oceny niewiele znaczą, jednak nadal czułam, że 5 to jedyna i właściwa ocena.

    Odpowiedz
  6. Ja też jest po polonistyce i podzielam Twoje uwagi dotyczące studiów i edukacji w ogóle. Dopiero późniejsze kursy i praca w zawodzie (którą dostałam dzięki pomocy mojego chłopaka) były dla mnie lekcją, z której coś wyniosłam. Pisząc coś, mam na myśli umiejętności, które wykorzystywałam w zawodzie.

    Odpowiedz
  7. “Perfekcjonizm uwiera. Sprawia, że nigdy nie jest się w pełni z siebie zadowolonym.”
    Czytasz mi w myślach!

    p.s. Świetna sukienka

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.