25 października 2016

Jak przekonałam się do (Insta)Snapa?

img_0076

Zanim wprowadzono funkcję Instagram Stories, miałam konto na Snapchacie. Poprawka: wciąż je mam. Jestem biernym użytkownikiem tej aplikacji. Oglądam koleżanki po fachu, ale przyznam szczerze, że nie sprawia mi to większej przyjemności (no może z nielicznymi wyjątkami). Z racji tego, czym się zajmuję, muszę po prostu trzymać rękę na pulsie.

Jestem trochę za stara, żeby interesowało mnie, co kto jadł na śniadanie, buziaki wysyłane do lustra i czyjeś buty nagrywane podczas spaceru. Wiedziałam, że nie jest to format dla mnie. W końcu na śniadanie jem nudną jajecznicę, moje lustro jest wiecznie pomazane, nie mam windy ani czasu na wyprowadzanie butów na spacer. I na litość boską – twórcy Snapchata mogliby się trochę bardziej postarać, projektując aplikację. Skoro wciąż nie poruszam się po niej intuicyjnie, a zawodowo zajmuję się mediami społecznościowymi i bloguję, to chyba coś jest nie tak. Jeśli kiedyś twierdziłam, że YouTube obnażył wszystkie słabości internetowych influencerów, to Snapchat zrobił to ze zdwojoną siłą. Z perspektywy czasu nie mogę jednak jednoznacznie uznać tego za wadę.

Rzeczywistość Snapchata wciąż nie odpowiada prawdzie o życiu danego influencera. Treści są równie mocno wyselekcjonowane, jak te na blogu, Facebooku czy Instagramie. Za to wkrada się pewna „bylejakość”, której nie uraczymy na innych kanałach blogerów poważnie traktujących swoją działalność w sieci. Snapchat, wraz z charakterystycznymi (i absurdalnymi) filtrami, jest idealnym środowiskiem dla rozwoju tej „bylejakości”.

To by było na tyle wylewania pomyj. W gruncie rzeczy nie były takie brudne. Teraz czas na plusy. Niekwestionowaną zaletą komunikatora jest pewna naturalność, prawda, surowość. Raczej nikt nie sięga po Photoshopa, nie bawi się w skomplikowany montaż. Robi zdjęcie lub nagrywa film – zazwyczaj z korzystnej dla siebie perspektywy. Nakłada filtr kolorystyczny (łatwo pozbyć się w ten sposób efektu zmęczonej twarzy), jakieś uszy lub inną pierdołę (why?), czasem opis. To, co ludzkie i naturalne – głos, ton, mimika, uśmiech, spojrzenie – pozostaje niezmienione.

img_0085

Jakiś czas temu Instagram wprowadził nową funkcję – Instagram Stories, którą roboczo nazywam InstaSnapem. Spotkało się to zarówno z głosami krytyki, jak i entuzjazmem. Nie ma się co oszukiwać – zgapili pomysł od konkurencji. Co więcej, nie tylko zgapili, ale też poprawili. Funkcja Instagram Stories jest dużo bardziej intuicyjna i nie ma tam (jeszcze!) idiotycznych filtrów a’la wystający psi język. Nie ma też (z tego, co mi wiadomo) możliwości wrzucania treści zapisanych w galerii. I najważniejsze – udostępniając treści, korzystamy z bazy obserwatorów, których już zgromadziliśmy.

Mimo oczywistych zalet, nie zaczęłam korzystać z InstaSnapa od razu. Do momentu, aż nie znalazłam odpowiedniego formatu, jakim stały się babskie rozmówki i żartobliwe/sarkastyczne komentarze rzucane przeze mnie lub Paulę. Roboczo nazywamy to mini serialem. Na blogu jestem zazwyczaj dość poważna. Coraz częściej łapię się na tym, że wszystko muszę mieć dopięte na ostatni guzik. Ale od kuchni… każda sesja zaczyna się od spóźnienia (Pauli), kiedy rozmrażam lodówkę – akcja kończy się powodzią, jeśli zaprosisz mnie do siebie – będziesz musiał odprawić z pudełkiem makaronu „na później”, zdjęcia beauty zaczynamy o zachodzie słońca, jeśli mam odebrać mojego programistę z PKP – oczywiście będę czekać na złym peronie, a te wykwintne potrawy serwowane w moim mieszkaniu zawsze są zasługą kogoś innego. Zaczęłam pokazywać najzabawniejsze momenty pracy nad blogiem, ludzi, którzy go współtworzą, a także wyselekcjonowane sceny z mojej codzienności… i spotkały się one z bardzo pozytywnym odbiorem, w czym utwierdziły mnie wiadomości od Was. Wciąż nie pokazuję butów na spacerze i swoich zdjęć w lustrze. Nie opowiadam godzinami o tym, jak minął mi poranek. Nie nagrywam codziennie. Nie zabieram Wam 10 s tylko po to, by powiedzieć „cześć Misiaczki”. Pokazuję za to, jak od kuchni wygląda praca przy sesji nowej kolekcji, której jestem twarzą, jak zabieramy się do zdjęć i bawimy później, a także zapraszam Was na swoje występy na scenie (okraszone żartobliwymi podpisami i komentarzami mojej Pauli). Nie reżyseruję, nie cenzuruję, ale wybieram te momenty, które mogą Was rozbawić, zaciekawić lub pozwolić poznać mnie trochę bliżej. Uwaga! Po 24 h znikają 🙂

Dołącz do dyskusji! 5 komentarzy

  1. haha ja tez preferuje instasnapa,zaraz az sobie do Ciebie zajrze 😀

    Odpowiedz
  2. A ja nie mogę się przekonać do tego typu aplikacji:/

    Odpowiedz
  3. Też nie lubie snapa, a stories już w sumie tak 🙂 Choć nie wszystko w nich jest takie fajne, niestety do końca obsługa intuicyjna nie jest – też myślałam, że nie można wrzucać zdjęć z galerii, ale jednak można! Musiałam w googlach szukać jak to zrobić. Po wejściu w tryb relacji trzeba palcem przeciągnąć w dół po ekranie i pokażą nam się zdjęcia z galerii, ale tylko z ostatnich 24 godzin więc za bardzo oszukać nie można 🙂 Ale za to fajna jest możliwość „wyciszenia” czyichś stories nie wyrzucając go z obserwowanych na całym insta. Niektórzy wrzucają tam naprawdę za dużo 😀

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Autor

Paulina Rudnicka

Kategorie

Felietony & recenzje

Tagi

, , , ,
Udostępnij ten post na: Udostępnij na Facebooku Udostępnij na Twitterze Udostępnij na Google+ Udostępnij na Pinterest