5 kwietnia 2016

Niekończący się remont

Remont kawalerki - mieszkanie w stylu skandynawskim

Każdy, kto przechodził kiedyś remont, ma świadomość, że coś musi pójść nie tak. Ja widziałam ich w swoim życiu wiele. Najpierw mieszkając jeszcze w domu rodzinnym. Mój tata zazwyczaj samodzielnie majsterkował, malował, kładł podłogi – niemiłosiernie się przy tym denerwując! Szczerze, nienawidziłam tego. Najwięcej remontów przeżyłam jednak, będąc już w Gdańsku, w moim poprzednim mieszkaniu. Średnio raz w roku przychodziła nowa ekipa i odnawiała kolejne elementy albo całe pomieszczenia. Pamiętam okres, kiedy przez dwa miesiące żyłyśmy z przyjaciółką w jednym maleńkim pokoju z wszystkimi naszymi rzeczami, bez kuchni i łazienki, co rano budząc się z tynkiem na twarzy. Nie zamordowałyśmy siebie nawzajem chyba tylko dlatego, że ja wtedy pracowałam w ciągu dnia, a ona w nocy.

Na razie przerwałam remont mojego mieszkania. Nie żeby wszystko było gotowe. Wręcz przeciwnie! Mam jeszcze wiele planów. Zrobiłam jednak to, co uważałam za niezbędne, by móc się wprowadzić. Byłam przy tym dość spontaniczna! Zauważyłam zresztą, że im mniej czasu mam, tym szybciej podejmuję decyzje. Wystarczyło mi zaledwie 15 minut, by zdecydować, że trzeba wyburzyć ścianę (i co za tym idzie – przenieść część instalacji). Zamiast niej postawiłam dwie, dzięki czemu dorobiłam się (mikroskopijnej) sypialni w mojej kawalerce.

Remont nie ma końca, nie ma punktu kulminacyjnego. Mieszkanie jest skarbonką. Kiedy już myślałam, że wszystko jest ok, okazało się że pralka się zepsuła (na amen) i trzeba kupić nową. Gdy nadszarpnęłam swój budżet na (totalnie niezbędne) nowe biurko i krzesło, wróciłam do domu z wadliwymi częściami. Nie denerwowałam się bardzo, ale chyba tylko dlatego, że byłam fizycznie zbyt wyczerpana, by znaleźć siłę jeszcze na to. Kiedy ktoś mówił, że się nie da, ja powtarzałam, że się da. Kilka minut/godzin i siarczystych przekleństw później, zazwyczaj okazywało się, że miałam rację.

Muszę jednak przyznać, że przeprowadzka i remont są trudne, kiedy robi się to samodzielnie. W szczególności, jeśli jest się kobietą. W przypadku, gdy stać nas na porządną ekipę remontową, problem nie istnieje. W przeciwnym wypadku, bez faceta, ojca, przyjaciela lub męża się nie obejdzie! Nie mam problemu z proszeniem o pomoc, ale nie lubię też być uzależniona od niej. Ma to jednak swoje dobre strony. Uczestnicząc w remoncie, wiele się nauczyłam. Wiem, jak przyczepić lampy, naprawić (nawet prowizorycznie) drzwiczki od zamrażalnika, złożyć krzesło, malować ściany, kafle oraz meble. Nauczyłam się też jak odpowietrzyć kaloryfer (naprawdę nie wiem, dlaczego dopiero teraz). Nie czuję się już jak na obcej planecie, kiedy zaglądam do marketów budowlanych.

Kulisy remontu mieszkania

Odpukać, tym razem nie wydarzyła się żadna remontowa katastrofa! Mam jednak wiele historii z poprzedniego mieszkania, które do dziś sprawiają, że chce mi się śmiać!

  • Mieszkanie, w którym żyłam wcześniej, jeszcze 6 lat temu było w opłakanym stanie. Zaraz po przeprowadzce miałam sprawdzić, czy wszystko działa. Po jego gruntownym wysprzątaniu zrobiłam sobie kąpiel i włączyłam pralkę. Nie minęło 20 minut, kiedy do drzwi zapukała przerażona sąsiadka, twierdząc, że woda leje jej się po ścianie (w świeżo odnowionej łazience). Żeby tego było mało, kiedy rok później pani z dołu zrobiła sobie nową kuchnię, zalaliśmy ją znowu. W naszej kuchni też stały 3 cm wody! Jak się okazało, mam szczęście do rur. Kiedy się wyprowadzałam… zapchał się cały pion. Zalało nam łazienkę na około 2 cm i jak łatwo się domyślać, również łazienkę mojej ulubionej sąsiadki.
  • Tak, jak wspomniałam wyżej, moja przeprowadzka zaczęła się od dokładnego wysprzątania całego mieszkania. Robiłam to z Mamą przez cały dzień i całą noc. W nocy myłam łazienkę, Mama zaś zajęła się oknami. Zapewne ze zmęczenia zapomniała, że jest w Gdańsku, a nie w rodzinnym domu z dużym ogrodem i kiedy skończyła pracę, odruchowo wylała brudną wodę przez okno. Niefortunnie ktoś akurat szedł chodnikiem. Od tamtego czasu nigdy nie spaceruję zbyt blisko elewacji!
  • Mieliśmy tragiczną ekipę podczas remontu kuchni i łazienki. Miałam ich nadzorować, ale szybko odkryli, że nie bardzo znam się na majsterkowaniu. Zaczynali pracę o 14, kończyli często po 22. Codziennie zostawiali po sobie olbrzymi bałagan. Remontowali tylko kuchnię i łazienkę, jednak ich rzeczy zajmowały 3 pozostałe pokoje i korytarz! Planowałam wtedy pojechać w dwutygodniową podróż po Polsce i potrzebowałam pilnie zrobić pranie. Wyszłam z domu, zostawiając robotnikom dyspozycję, iż muszą podłączyć mi na noc pralkę. Kiedy wróciłam, zastałam prowizorycznie podłączone urządzenie i instrukcję… jak je uruchomić. Żeby tego było mało, panowie rozrysowali ją flamastrem na ścianie!
  • Miałam też jedną super ekipę – dwóch młodych chłopaków. Jeśli dobrze pamiętam, kładli nam w mieszkaniu nowe podłogi. Nie mogłam się z niego wyprowadzić na ten okres, więc po prostu musiałam w pewnym momencie zmienić pomieszczenie. Panowie przenieśli moje meble i rzeczy, próbując poskładać je tak, by zachować układ z mojego pokoju! Zadbali nawet o torebki, a te które się nie mieściły, poskładali jedna w drugą. Szacun!

Dołącz do dyskusji! 4 komentarzy

  1. och, remonty remonty… ja sobie stłukłam kostkę próbując rozebrać zabudowę w przedpokoju… a wodę na herbatę gotowałam w rondelku 😉

    Odpowiedz
  2. W trakcie remontu łazienki przez dwa miesiące myłam się w misce..
    Ten, kto powiedział, że żeby mogło być lepiej, musi się najpierw pogorszyć, niewątpliwie akurat remontował mieszkanie.

    Odpowiedz
  3. Na starym studenckim mieszkaniu miałyśmy problem z przeciekającą spłuczka od toalety. Przyszedł do nas nielubiany przeze mnie baaaardzo chłopak współlokatorki, który akurat miał potrzebę, pociągnął za spłuczkę i w tym momencie wystrzelił w powietrze wąż łączący wc z tą taką skrzynką na wodę (toaleta starego typu) i zlał go od góry do dołu. Strasznie się z tego śmiałam, ale i mnie pokarało, bo nasz właściciel był na tyle ospały, że przez następne 2 tygodnie musiałyśmy korzystać z wc wyłącznie na uczelni. Informując o tym właściciela, usłyszałam w słuchawce „hahahahah”. Nie śmiej się Tadku z cudzego wypadku.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz