16 lutego 2016

Życie na miarę

IMG_9723

Amerykańska agencja marketingowa Refuel w połowie 2015 roku spytała internautów z kilkunastu najlepiej rozwiniętych krajów świata, bez jakich rzeczy nie byliby w stanie żyć. Nowe ubrania znalazły się na piątym miejscu dziesięciu najczęściej wskazywanych produktów. Woda do picia – pięć oczek niżej. Abraham Maslow pewnie przewraca się w grobie.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości: uwierzyliśmy, że każdego sezonu nasza garderoba wymaga „odświeżenia” – jeśli nie wymiany. Nowe fasony, kolory, faktury. Mówimy o trendach, dopasowaniu do sylwetki, coraz częściej o jakości. Zazwyczaj pomijamy kwestię tego, w jaki sposób powstają nasze ubrania. Nie zamierzam w tym miejscu nikogo winić. Informacje na ten temat są skrzętnie ukrywane. Nawet gdyby wszyscy klienci popularnych sieci odzieżowych zadeklarowali chęć zapłaty większych pieniędzy za ubrania, nie zmieniłoby to obecnej sytuacji. Przecież już teraz uszycie jednej rzeczy kosztuje ułamek ceny, jaką płacimy za nią w sklepie. Jak wykazuje autor książki Życie na miarę, nawet jeśli koncerny zgodziłyby się na wyższe stawki dla podwykonawców, pieniądze wciąż nie trafiłyby w ręce szwaczek. O tej niemożliwej do rozwiązania sytuacji wspominała już Magdalena Płonka w podręczniku Etyka w modzie. Zaznacza to również Marek Rabij – dziennikarz działu gospodarczego Newsweek Polska. Jak nikt inny opisuje tragiczną machinę, którą rządzi się ten rynek. Składają się nań europejskie i amerykańskie koncerny zamawiające ubrania, gospodarka i polityka w Bangladeszu, lokalni przedsiębiorcy, fabryki, mniejsze zakłady, warsztaty krawieckie, pracownicy, wreszcie na samym końcu łańcuszka – konsumenci. Zapewne pominęłam wiele elementów, ale nie w tym rzecz. Kiedy czytałam Etykę w modzie, Magdalena Płonka bardzo trafnie zauważyła, że chcąc zmienić los ludzi szyjących ubrania, należałoby wprowadzić odgórne regulacje państwowe oraz oczywiście służby, które będą kontrolowały ich przestrzeganie. Należą do nich między innymi zachowanie wymogów bezpieczeństwa oraz wyższa płaca. I wszystko wydawałoby się dziecinnie proste, gdyby nie fakt, że większe pieniądze prawdopodobnie oznaczałyby przeniesienie produkcji do innego kraju lub poszerzenie szarej strefy. Branża odzieżowa w Bangladeszu działa jak dobrze naoliwiona maszyna. I choć przynosi coraz więcej ofiar, nie sposób jej zatrzymać.

W budynku Rana Plaza mieściły się fabryki szyjące ubrania dla zachodnich firm. Jego zawalenie w 2013 roku sprawiło, że cały świat pochylił się nad problemem tamtejszych pracowników. Mimo iż ilość ofiar liczona była w tysiącach, rozmowy na ten temat ucichły zaledwie po kilku miesiącach. Marek Rabij udał się do Bangladeszu kilkanaście dni po zawaleniu się budynku. Rok później powrócił do Dhaki, aby przyjrzeć się całemu mechanizmowi i poznać życie tamtejszych pracowników branży odzieżowej. Trzeba mu w tym miejscu pogratulować dużej wytrwałości, bo jak sam zaznacza w kilku miejscach, dotarcie do osób, które mogły udzielić mu rzetelnych informacji, praktycznie graniczyło z cudem. Trudno się temu dziwić. Dyrektorzy fabryk nie będą przecież chwalili się tym, w jaki sposób traktują pracowników. I z drugiej strony – mówienie źle o pracodawcy nigdzie nie jest mile widziane.

Rzeczywistość, jaka maluje się w książce Życie na miarę, porusza swoją złożonością. Z jednej strony mamy los przeraźliwie zmęczonych ludzi, którzy za głodową stawkę szyją nasze modne ubrania, niejednokrotnie tracąc przy tym zdrowie, a nawet życie. Z drugiej zaś – nikt z lokalnych nie współczuje szwaczkom, bo można tam trafić jeszcze gorzej.

Mimo to etat przy maszynie do szycia nadal nie jest najgorszym losem, jaki może się przytrafić młodej dziewczynie z nizin społecznych. Można trafić o wiele gorzej. Do tajskiego burdelu. Do domu sadystycznego rolnika alkoholika, gdzieś w dżungli przy granicy birmańskiej, który żonę traktuje gorzej niż psa. Można na bulwarach centrum Dhaki polować na coś do jedzenia, będąc półnagą zarobaczoną sierotą. Można bez nóg pełzać za jałmużną pomiędzy unieruchomionymi w korku autami i wdychać spaliny. Można po wypadku w fabryce wylądować na ulicy jako bezręki ludzki kadłub lub dziwadło z twarzą wyżartą płomieniami, rywalizujące o współczucie i kilka groszy ze zniekształconymi starcami, których w dzieciństwie zdążyło jeszcze dopaść polio. W rankingu nieszczęść spotykanych w Dhace na niemal każdym kroku los szwaczki na etacie w fabryce nie plasuje się na tyle wysoko, by budzić powszechne współczucie. Etat to przecież nie wyrok.

IMG_9727

Dołącz do dyskusji! 1 komentarz

  1. Muszę ją koniecznie przeczytać!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz