3 stycznia 2016

Slow life: święta na co dzień

Slow life: celebrowanie codzienności

„Święta, święta i po świętach”, „trzy dni i po wszystkim”, „miesiąc przygotowań, a święta takie krótkie” – co roku słyszę te same zdania. Podobnie sprawa wygląda w przypadku nocy sylwestrowej. Szukanie odpowiedniej kreacji, dzień spędzony na robieniu makijażu czy włosów – tyle zachodu, by wyglądać i czuć się dobrze tej jednej nocy. Aż prosi się, żeby zapytać, dlaczego tylko wtedy?

Jest 31 grudnia. W planach noc spędzona na mieście. Właściwie to trudno mówić tu o jakimkolwiek planowaniu. Wszyscy pytają mnie, gdzie się wybieram? A ja wiem tylko, że wpadnie Paulina i kilku znajomych, a potem zdecydujemy, co dalej. Bez większej spiny i przygotowań. Godzina 13.00 – Paula pyta, co zamierzam ubrać. – Jeszcze o tym nie myślałam – odpowiadam. 15.00 – doradzam Pauli, co ma na siebie włożyć. 17.00 – Michał prosi o zdjęcie mnie już „zrobionej”, bo nie wie, czy się stroić. Przez chwilę rodzi się w mojej głowie myśl, że skoro wszyscy tak bardzo się przykładają, może też powinnam pomyśleć o czymś wyjątkowym. Nie mam jednak na to czasu. Około godziny 17.30 kończę pracę, zaczynam ogarniać mieszkanie i wchodzę pod prysznic. Zakładam sukienkę, którą możecie pamiętać z tego wpisu, bo raz – jest mi w niej wygodnie, a jeśli zjem lub wypiję za dużo, nikt nie zauważy mojej ciąży spożywczej, dwa – dekolt na plecach sprawia, że jest bardziej efektowna niż większość moich wytwornych kreacji, wreszcie trzy – czuję, że pasuje do mnie w 100%. Czy byłam „wystrojona” mniej niż reszta ekipy? Nie sądzę. Czy czułam, że stroję się na noc sylwestrową? Na pewno nie! Dokładnie w tej samej sukience, w podobnym makijażu i identycznej fryzurze wyszłam zaledwie dwa dni temu na drinka z przyjaciółką. Różnica polega tylko na tym, że to, co inni robią od święta, ja stosuję na co dzień.

Z jednej strony uważam, że wszystkie te przygotowania (do świąt, Sylwestra i innych uroczystości) są potrzebne, bo tworzą klimat danej okoliczności i sprawiają, że nabiera ona wyjątkowego charakteru. Z drugiej zaś – obserwuję, jak wiele osób przez cały rok musi sobie odmawiać drobnych przyjemności, żeby potem kupić drogie prezenty najbliższym, przygotować potrawy na wigilijny stół (których jest zdecydowanie zbyt wiele). Nie wspominając o chwilówkach zaciąganych na prezenty, bo to chyba największy absurd, o jakim słyszałam.

Podobnie jak w innych dziedzinach życia, lubię zachowywać zdrowy balans. Oznacza to, że nie wydaję fortuny, by w obfitości potraw i podarków przeżyć te trzy świąteczne dni. Nie szykuję stylizacji sylwestrowej z wyprzedzeniem. Celebruję jednak czas nie tylko w święta, ale także w dni powszednie. Bo życie toczy się każdego dnia. Można więc powiedzieć, że święta obchodzę kilka razy w tygodniu, kiedy spotykam się z przyjaciółką przy kawie i ciastku, odrywam nos od komputera, robię makijaż,  układam włosy, zamieniam dres na sukienkę. Nie potrzebuję stołu uginającego się od jedzenia, którego i tak nie zdołam zjeść. Nie potrzebuję też drogich prezentów. Ważne, bym spędziła ten czas z bliskimi mi osobami, porozmawiała w miłej atmosferze i w jeszcze lepszym nastroju. Jestem zdania, że warto to robić tak często, jak to tylko możliwe.

Slow life - każdy dzień jest wart świętowaniaŚwiąteczne spotkanie w kawiarniŚwiąteczne spotkanie z przyjaciółkami w kawiarni

Dołącz do dyskusji! 8 komentarzy

  1. fajny post Kapuczinko 😉

    Odpowiedz
  2. Też uważam, że ubrania powszechnie uznawane za wyjściowe można nosić na co dzień, chociażby dlatego że ma się dzisiaj dobry nastrój i ma ochotę poświętować albo po prostu dobrze wyglądać. Sam na codzień noszę marynarki i do dzisiaj zdarza mi się usłyszeć, że jestem wyjściowo ubrany. Niezbyt rozumiem takie podejście. Tak samo jak z resztą to z jedzeniem, ale tutaj akurat jestem słabym przykładem, bo na sylwestra przygotowaliśmy go tyle, że do dzisiaj mam co jeść 😛

    Odpowiedz
    • Hej! Ależ to cudowne, ze jako mężczyzna w Polsce przykladasz wagę do wyglądu, chodzisz w marynarkach i lubisz fajnie sie czuć! To dość osobliwe wsród mężczyzn z naszego kraju. Ostatnio byłam w Hiszpanii i tak nostalgicznie patrzyłam na tamtejszych mężczyzn schludnie ubranych, nie żadnych wymuskanych gogusiow, a normalnych facetów w mokasynach czy innych półbutach, spodniach materiałowych, wełnianych swetrach.. Szkoda, ze u nas większa wagę sie przykłada do tego, wy sie przebrać niż ubierać w dobrego gatunku ubrania i po prostu żyć. Ale jak widać to sie zmienia. Dzięki za fajny post i za fajny komentarz, nie ma potrzeby odkładać życia na pózniej. Pozdrawiam.

      Odpowiedz
  3. Ja ostatnio w pracy usłyszałam, że się stroję. Nie była to krytyka, jednak ten komentarz pokazuje jak jesteśmy postrzegane(i) przez innych, którzy nie przykładają wagi do codziennego stroju. Fakt, że pracuje się w miejscu, w którym łatwo można uszkodzić ubranie np. zszywką, markerem, nie powoduje u mnie niechęci do ładnego ubierania się. Na co dzień też można wyglądać odświętnie, pamiętajmy jednak o pozostawieniu tego pierwiastka „odstrzelenia się” na naprawdę super okazję 🙂

    Odpowiedz
  4. Absolutnie się zgadzam. Każdy „stroi się” wedle własnego uznania. Lepiej jednak utrzymywać poziom schludności, kultury ubioru (ale też i zachowania) ciągle, niż tworzyć dysproporcje pomiędzy życiem codziennym i odświętnym. Okazje specjalne powinno się czuć, a nie widzieć

    Odpowiedz
  5. A ja chętnie dowiedziałabym się skąd koleżanka blondynka ma tę super-bluzę! 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Autor

Paulina Rudnicka

Kategorie

Felietony & recenzje, Lifestyle

Tagi

, ,
Udostępnij ten post na: Udostępnij na Facebooku Udostępnij na Twitterze Udostępnij na Google+ Udostępnij na Pinterest