19 września 2015

Moje ćwierćwiecze, czyli o sztuce robienia (trafionych) prezentów

Urodzinowe spotkanie w Zatoce Sztuki w Sopocie

Wczoraj były moje urodziny, więc uznałam, że to idealny moment na tego typu post. Co roku organizuję imprezę dla najbliższych przyjaciół, co roku też przypominam sobie o niej dopiero w październiku. Jednak nie tym razem. Moje tegoroczne urodziny obeszły się bez fajerwerków. Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze sama nie jestem w szczególnym nastroju do świętowania i po drugie, ważniejsze – okazuje się, że nie mam wolnych weekendów do połowy października. Moi przyjaciele obdarowują mnie, niezależnie od tego, czy organizuję przyjęcie czy też nie. Dziś będzie właśnie o prezentach.

Mam wrażenie, że w kwestii podarków istnieje w naszym środowisku wiele tematów tabu. Wynika to z faktu, iż nie lubimy mówić o pieniądzach. Zwróćcie uwagę, jak wiele problemów niosą za sobą wesela, kiedy należy zastanowić się, ile wypada włożyć do koperty. W moim przypadku robienie i otrzymywanie prezentów zawsze wiązało się z sytuacją stresową. W przypadku, gdy obdarowuję kogoś bliskiego, obawiam się, że nie spełnię jego oczekiwań. Kiedy ktoś obdarowuje mnie, czuję, że wymaga ode mnie konkretnej reakcji.

Dlatego też kilka lat temu wypracowałam sobie nawyk robienia wish-list. Zapisuję tam wszystkie rzeczy, które chciałabym otrzymać, od tych wartych 20 zł, nawet do kilku tysięcy. Staram się, by znalazło się na niej od kilkunastu do kilkudziesięciu pozycji, odpowiednio sprecyzowanych. Podaję dokładne tytuły książek, rodzaje i marki kosmetyków, linki do ubrań czy dodatków oraz ich rozmiary. Zazwyczaj znajdują się tam przedmioty, które chciałabym sobie kupić, ale z jakiegoś powodu żal mi na nie pieniędzy. Moim numerem jeden w tej kwestii są cienie Inglota. Nie pytajcie mnie dlaczego właśnie one, bo nie mam bladego pojęcia. Tym bardziej, że zdarza mi się kupować w tym sklepie inne kosmetyki! Jeśli ktoś nie chce lub nie może skorzystać z wish-listy, wolę by przyniósł mi butelkę wina niżeli coś, co będzie walało się po mieszkaniu i zabierało mi życiową przestrzeń. Tym bardziej, że od miesięcy sukcesywnie ją oczyszczam. Kiedy dostaję nietrafiony prezent, mimo wszystko staram się go użyć. Z kubka, który nie znalazł się na wish-liście będę oczywiście piła kawę, ale trudno, bym nosiła bluzkę, która mi się nie podoba. Taka rzecz trafia do tzw. szafki przechodniej i ląduje obok innych nietrafionych prezentów i darów losu. Niełatwo mi wyrzucać całkiem nowe rzeczy. Zazwyczaj staram się przekazać je dalej, by mogły się komuś przysłużyć. Kiedyś, gdy jeszcze zdarzało mi się chodzić na przyjęcia urodzinowe do znajomych, których ledwo znałam, rzeczy z szafki przechodniej stawały się kolejnymi – często równie nietrafionymi – prezentami. Odkąd robię wish-listy, tego typu problemy są dla mnie rzadkością. Ten nawyk ułatwia życie, oszczędza czas i często pieniądze nie tylko mnie, ale też obdarowującym.

Tak, jak wspominałam, kupowanie prezentów to dla mnie sytuacja stresująca. Mimo to uwielbiam obdarowywać innych. To banalne, ale większą przyjemność sprawia mi dawanie. Dlatego też przed urodzinami przyjaciół proszę ich o sporządzanie podobnych wish-list albo wskazanie konkretnej rzeczy, jaką chcieliby otrzymać. Na początku było to trudne, bo każdy rzucał oklepanym „niczego nie kupuj”, „daj spokój, niczego mi nie trzeba”. I jeśli nawet jest tak w rzeczywistości, nie przyszłabym na czyjeś przyjęcie z pustymi rękami. A jaki jest cel w kupowaniu przedmiotu, który trafi do innej szafki przechodniej? Jeśli już znam oczekiwania obdarowywanego, mogę mieć co najwyżej problem z wyborem konkretnej rzeczy, ale już nie ze znalezieniem jakiegokolwiek przedmiotu, który przypadłby do gustu solenizantowi.

Mam w swoim najbliższym gronie jedną osobę, która nigdy nie mówi wprost, co chciałaby otrzymać. Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że tego nie wie. Jest dla mnie na tyle ważna, że obdarowuję ją na wszelkie możliwe okazje, łącznie z imieninami i za każdym razem muszę się bardzo nagimnastykować. Najpierw próbując podpytać, wyłapać cokolwiek w rozmowie, później – robiąc wywiad z członkami rodziny. Ostatecznie wszystkie te próby okazują się nieudane i zaczynam poszukiwania na oślep, tak by przedmiot był przydatny, pasował do ogólnych preferencji, ale też był na tyle bezpieczny, by nie popełnić gafy. Cały ten proces trwa co najmniej miesiąc.

Prezenty z wish-listy

Co z niespodziankami?

Wiem, że niektórzy lubią niespodzianki, ten moment gdy rozrywają papier i dowiadują się, co jest w środku. Ja nie należę do tej grupy. Mój najwspanialszy prezent otrzymałam na osiemnaste urodziny od swojego ówczesnego chłopaka i znajomych zaproszonych na imprezę. Była to Cappucina. A. odkładał pieniądze na ten podarek przez całe wakacje, pracując w warsztacie ojca. Moim wielkim marzeniem było wtedy posiadanie tego konkretnego psa. O tym, że go dostanę wiedziałam już dwa miesiące wcześniej. Nie przeszkadzało mi nawet to, że rodzice zdeklarowali się, iż nie chcą w domu zwierząt. A. pojechał po Cappucinkę aż na Hel. Czekałam na niego pół dnia. Wypatrywałam go przez okno i obserwowałam, gdy przekroczył granicę posesji, zmierzając do drzwi wejściowych ze szczeniakiem w objęciach. Nie widział tego, ale dosłownie podskakiwałam z radości, i to w wyjątkowo dziwny sposób. Byłam tak szczęśliwa, że trudno opisać mi to słowami. Co ważniejsze, ten rodzaj radości na widok Cappuciny i Mocci nie minął do dziś.

Kultura robienia wish-list

Wish-lista nie jest moim autorskim pomysłem. Amerykanie zwykli zostawiać takie w konkretnych sklepach, głównie przy większych okazjach, jak ślub. W jednym z moich ulubionych seriali „Seks w wielkim mieście” Carrie, Miranda, Charlotte i Samantha kupują prezenty z listy na pępkowe koleżanki, w filmie pełnometrażowym – na wesele Stanforda. Uważam, że to doskonały pomysł, o ile na liście znajdują się przedmioty w przedziale cenowym akceptowanym przez wszystkie osoby. Z doświadczenia wiem, że lepiej, by przedział ten był stosunkowo szeroki. Sklepowe listy, o których tu mowa mają jeszcze jedną zaletę – nie ma możliwości, by prezenty się zdublowały. W moim środowisku rozwiązuję ten problem w inny sposób. Spis prezentów otrzymuje jedna osoba. Reszta dostaje do niej kontakt i później informuje, którą pozycję wybrała. Do tej pory nie zdarzyła się ani jedna wpadka.

Moja przyjaciółka korzysta z jeszcze jednej metody, którą stosuje przed świętami Bożego Narodzenia. Wręcza papeterię osobom, które będzie chciała potem obdarować, prosi o napisanie listu do Świętego Mikołaja i wysłanie na jej adres. Już wiem, że w tym roku skorzystam z jej patentu.

Dajcie znać czy pomysł wish-list Wam się podoba oraz w jaki sposób Wy wybieracie prezenty? A może wolicie otrzymywać i robić innym niespodzianki?

Dołącz do dyskusji! 15 komentarzy

  1. Bardzo fajny pomysł z tymi wishlistami. Musze wprowadzić go u siebie, bo zawsze mam problem ze znalezieniem odpowiednich prezentów dla chłopaka i znajomych…

    Odpowiedz
  2. Nie masz niestety lekkiego pióra. Da się to, oczywiście, przeczytać, ale nie jest to ani zajmujące, ani zgrabne (chociaż sam pomysł na wish-list świetny!).

    Odpowiedz
    • Ja się nie zgadzam z Twoją wypowiedzią, post był miły i przyjemny i bardzo dobrze napisany.

      Ja mam od lat problem z moim chłopakiem – to osoba totalnie żyjąca w chmurach, a nie na Ziemi, więc większość prezentów była nietrafiona do czasu. Po prostu mówię mu, co chcę dostać, i to dostaję 🙂 I tak oto dostałam na zeszłoroczne święta Euphorię Calvina Kleina, którą zawsze chciałam mieć, ale z jakiegoś powodu nie chciałam sobie kupić 🙂

      Odpowiedz
  3. Od zeszłego roku także zaczęłam korzystać z takiej listy, ale tylko w Boże Narodzenie i tylko w najbliższym gronie rodziny, ale chyba czas poszerzyć ten patent na inne okazje:) Tym sposobem na zeszłe święta dostałam tylko to, co chciałam i byłam zachwycona.

    Odpowiedz
  4. Bardzo dobra ta „sztuka robienia dobrych prezentów”

    Odpowiedz
  5. Problem w tym, że niektórzy nie lubią wiedzieć co dostaną… mam jakieś takie odczucie, że mówienie, co konkretnie chcę dostać, niewiele różni się od wybrania tego samodzielnie (za wcześniej otrzymaną zawartość koperty)… Oczywiście moim bliskim, którzy nie znoszą niespodzianek, kupuję wskazane przez nich rzeczy, bo bez sensu uszczęśliwiać kogoś na siłę 😉 Ale w drugą stronę toleruję jedynie wskazówki typu „kup mi sweter, czarny albo szary”, nigdy nie „kup mi sweter o numerze xxx w sklepie yyy”… albo całą listę tego typu – mam nadzieję, że jest to dobry kompromis pomiędzy moją przyjemnością z prezentu a ułatwieniem życia obdarowującym 🙂
    PS. Zazdroszczę nastawienia takim osobom jak Ty, które dzięki swojemu podejściu dostają upatrzone rzeczy, ale nie umiem się przestawić 😛

    Odpowiedz
    • Ja mam na swojej liście rzeczy sprecyzowane: ubrania z linkami, rozmiarem, kolorem i konkretne tytuły książek, ale też te mniej, jak: pościel, skórzany portfel czy wełniane rękawiczki.

      Odpowiedz
  6. Do mnie taka metoda nie przemawia. To sprowadzenie do parteru całej idei wręczanie bliskiej osobie prezentu, ważne, żeby kupić jak najszybciej, najpraktyczniej, odhaczyć pozycję z listy. A gdzie osobisty akcent? Sto razy bardziej wolę dostać coś, co ktoś sam dla mnie wybrał, jeśli to będzie nietrafiony prezent- no trudno, darowanemu koniowi nie zagląda się. Zawsze cieszę jak małe dziecko, gdy „muszę” komuś sprawić prezent- na całe tygodnie przed wymyślam, co najbardziej ucieszy daną osobę, a jednocześnie chcę, żeby ta osoba wspomniała mnie zawsze, gdy na ten prezent spojrzy. Czy takie sentymenty mają rację bytu przy listach życzeń? Inna rzecz- piszesz o szerokim przedziale cenowym- szczerze mówiąc, czułabym się niekomfortowo zmuszona sytuacją finansową wybrać prezent o niskiej cenie, przecież osoba obdarowywana doskonale wie, ile kosztują rzeczy z listy. A co jeśli ktoś oczekiwał ode mnie większego „nakładu” (coż, różni okazują się ludzie…)? Oczywiście jak najbardziej jestem za takimi listami w przypadku prezentów ślubnych, ale uważam, że trochę wysiłku w sprawieniu bliskiej osobie przyjemności nas nie zbawi, nie uciekajmy od tradycji, tak niewiele nam dziś z niej pozostało… 😉 Pozdrawiam Cię serdecznie 🙂

    Odpowiedz
    • Szanuję Twoje stanowisko. Wiem, że niektórzy wolą niespodzianki. Jak pisałam wyżej, ja nie należę do tej grupy. Moi przyjaciele też nie. Znacznie bardziej cenimy sobie, gdy ktoś obdarowuje nas przedmiotami, które są zgodne z naszymi preferencjami.

      Jest jeszcze jeden szczegół odnośnie rzeczy (wszystkiego co materialne), o którym powinnam wspomnieć wcześniej – z wiekiem przestały mnie one cieszyć. Myślę o nich w sposób bardzo praktyczny. Mają ułatwiać mi życie, pasować do mojego stylu (w przypadku ubrań), ale nie reaguję na nie radością. W ten stan wprawiłoby mnie tylko własne mieszkanie, a przecież mówimy tu o… bardziej przyziemnych podarkach 🙂

      Nie zgodzę się jednak z tym, co piszesz o cenach. Niezależnie od tego, czy wiem wcześniej, co otrzymam, czy też będzie to niespodzianka – będę znała przybliżoną cenę prezentu. Wiedza ta nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, ale też nie znika w magiczny sposób przy rzeczach spoza listy. W moim gronie znajomych przedział cenowy, w jakim kupujemy sobie prezenty, jest raczej podobny.Często zdarza się, że znajomi składają się na jeden większy podarek i właśnie po to są na liście rzeczy z wyższej półki cenowej.

      Pozdrawiam ciepło!

      Odpowiedz
      • Mi nawet nie tyle chodzi o niespodzianki. Sama też wolę dostawać rzeczy, których nie odłożę w kąt do zakurzenia, ale osobiście nie czuła bym się komfortowo robiąc listę: chcę to, to i to, dając jednocześnie do zrozumienia, że innych podarków sobie nie życzę. Dla mnie to postawa zbyt hm, roszczeniowa jak na tak miłą okoliczność, jak sprawianie sobie prezentów. Aczkolwiek jest to jakiś pragmatyzm, jeśli odbywa się to w gronie bliskich znajomych, gdzie każdy to akceptuje- czemu nie. Chociaż ja jestem tradycjonalistką, nie przekonam się do tej metody. Chociaż oczywiście rozumiem takie słowne sugestie, „co by mi się przydało”, przecież żaden kupujący nie chce wywalać pieniędzy w błoto, co też jest plusem przy wish-listach. Tylko mnie razi właśnie samo sporządzanie i wręczanie takiej listy- to jak lista zakupów. Fajniej brzmi opcja z listem do Świętego Mikołaja 🙂

        Odpowiedz
  7. Uważam, że zwierzę jako prezent to zupełnie nietrafiony pomysł. To powinna być przemyślana decyzja, a nie niespodzianka (nawet, jeśli wiemy, że jakaś osoba chciałaby mieć zwierzę). Potem tych „prezentów” jest bardzo dużo w schroniskach (coś o tym wiem, o współpracuję z jednym z takich miejsc). Dobrze, że Twój psi „prezent” okazał się trafiony, jednak obdarowywanie ludzi zwierzętami to naprawdę spore ryzyko…

    Odpowiedz
    • Mój prezent był bardzo trafiony, ale też jak mówisz – wcześniej ustalony. Jako dziecko koleżanka przyniosła mi kota-niespodziankę i rodzice nie pozwolili mi go zatrzymać, także byłam zmuszona zwrócić go właścicielce. Jak najbardziej się z Tobą zgadzam.

      Odpowiedz
  8. Paulina, a jakiś bilans ćwierćwiecza? Jesteś szczęśliwa?

    Odpowiedz
  9. Ja poszłam do sklepu z Lepianką, wskazałam jej koszulkę , ze taką chce i ona za to zaplacila. Kazdy jest zadowolony, ja za to zabieram ją na urodzinowy obiad. 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Autor

Paulina Rudnicka

Kategorie

Felietony & recenzje, Poradniki

Tagi

, ,
Udostępnij ten post na: Udostępnij na Facebooku Udostępnij na Twitterze Udostępnij na Google+ Udostępnij na Pinterest