20 listopada 2013

Kultura jarania

Untitled-11Pisząc o jaraniu, nie myślę o papierosach, trawie czy innych mniej lub bardziej przyjemnych środkach. Wybaczcie, jeśli jesteście teraz rozczarowani. „Jaram się” – to wyrażenie, które często czytam na swojej tablicy na facebooku i choć średni wiek moich przyjaciół bliższy jest 30 niżeli 13, to jarający wciąż jeszcze pojawiają się, kiedy najmniej się tego spodziewam. Czasem sama prześmiewczo używam tego zwrotu, ale nawet w takiej formie budzi mój niesmak.

Swego czasu mama zwykła pytać mnie o narkotyki. Brałaś? Próbowałaś? Odpowiadałam rozbawiona: „nie, ale wiesz…w branży mody wszyscy w końcu zaczynają jarać”. I choć nie miałam wtedy na myśli facebookowej ekstazy, faktem jest, że najwięcej zajaranych spotkać mogę w środowisku modowych szaleńców. Nowa sukienka od Diora – jaram się (!), zdjęcie Mirandy Kerr – jaram się (!), zdjęcie małego pieska – jaram się (!). Zgroza!

Znacie tę anegdotę (krąży w różnych wersjach), gdzie Amerykanin przychodził codziennie do biura z nosem na kwintę? Pracownicy, szef – wszyscy oni dziwili się, co się stało. Okazało się, że jego żona ma nowotwór. Pracownicy odetchnęli z ulgą, bo obawiali się, że powodem mógł być rozwód. Stereotypowy amerykański system relacji personalnych zakłada, iż jego członkowie chodzą wiecznie zadowoleni, żyją według maksymy: „I’m fine, thank you”. Straciłeś pracę – nieważne, znajdziesz lepszą. Masz raka – przecież dziś wszyscy go mają. Rozwodzisz się – to krok ku wolności. Doskonale rozumiem ten schemat. Choć jestem z krwi i kości Polką, odnajduję się w nim bez problemu. Pozwala mi nie zwariować. Jednak jaki ma to związek z modą? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w kolejnych akapitach.

Całkiem niedawno oglądałam program o pracy jednej z najpopularniejszych amerykańskich stylistek „The Rachel Zoe Project”. Rachel Zoe nie używała innych sformułowań niżeli: „this is amazing”, „beautiful”, „such a great idea”. Co odcinek to samo. Jakby to powiedzieli moi koledzy (mnie chyba nie wypada): „co odcinek lizanie się po tyłkach”. Myślałam tylko: jakim sposobem podoba jej się dosłownie wszystko? Po chwili zaczęłam ją w duchu usprawiedliwiać: przecież pracuje z najlepszymi i największymi markami odzieżowymi, ogląda dopracowane w każdym detalu pokazy mody, a sprawy organizacyjne – na które może i mogłaby trochę ponarzekać – załatwiają asystenci, których zatrudnia. Jej perspektywa pozwala więc na wieczne jaranie się.

Rachel Zoe została rozgrzeszona, ale przenieśmy się na polskie poletko. Nowy projekt Macieja Zienia – jaram się, nowy T-shirt z H&M – czyżbym też się jarała? Nie będę tu wartościowała projektów Zienia i ubrań z sieciówek, nie w tym rzecz. Tylko, kiedy jedno i drugie zachwyca nas tak samo, czy w tym momencie oba nie tracą one na wartości? Moda rzadko sięga głębiej. Moda to biznes, a sięganie głębiej się tu najzwyczajniej w świecie nie opłaca. Moda ma być piękna, świecąca, a ludzie, którzy się nią zajmują zawsze wiecznie zadowoleni, uśmiechnięci w myśl zasady: „I’m fine, thank you”.

Czytacie czasem recenzje filmowe albo muzyczne? Ja czytam i za każdym razem, niezależnie od autora (czy jest nim subiektywny bloger czy z założenia obiektywny dziennikarz), nie znajduję tam peanów, nie znajduję też mieszania z błotem. Owszem istnieją produkcje wywołujące skrajne emocje. Jednak nie jest tak w przypadku każdego filmu, każdej piosenki, także każdego uszytego projektu. Czy nie jest to jeden z powodów, dla których moda wciąż traktowana jest przez ogół społeczeństwa jako płytka i niepoważna, a ludzie, którzy się nią zajmują wydają się przez to niewiarygodni? Ja nigdy nie wierzyłam osobom, którym podoba się dosłownie wszystko.

Post 8/31

Dołącz do dyskusji! 8 komentarzy

  1. Jaram się Twoją nową stylizacją i kamizelką 😉

    Odpowiedz
  2. całkiem ciekawy punkt widzenia, w kwestii języka może troszkę zbyt „szkolny” (i kłuje mnie ten „pean”)
    ja oglądałam (też tylko jeden) odcinek „Rachel Zoe..” jak akurat jej się prawie nic nie podobało, no i była ‚tragedia’, bo na jakąś tam galę nie mogła znaleźć nie-czerwonej sukienki -.-

    Odpowiedz
  3. Jak ja nienawidzę słowa „jaram się”, chociaż też nieraz używam go dla żartów 😉
    Ja często widzę w produkcjach telewizyjnych ten schemat, gdzie są jurorzy, którzy są zawsze na tak, którzy mówią tylko o tym, że coś jest piękne. Zastanawiam się z czego to wynika. Ze strachu przed krytykowaniem innych czy z braku własnego zdania? Nie mówię tutaj oczywiście o takich osobistościach jak Rachel Zoe, którzy pracują z najlepszymi, jednak polskie media i „najlepsze”? Te dwa słowa ze sobą nie współgrają. Myślę, że poruszyłaś bardzo ciekawy i istotny temat, bo często spotykam się z ludźmi, którzy zawsze mówią „tak”. Wynika to chyba ze strachu przed powiedzeniem własnego zdania, jednak co to np. za przyjaciółka, która będąc na zakupach zawsze mówi, że fajnie w tym wyglądasz, co to za przyjaciółka, dla której twoje zachowanie będzie zawsze „fajne”. Prawdziwe relacje wymagają prawdy i uczciwości 🙂
    Och, rozpisałam się, jednak uwielbiam twoje teksty, z jednej strony są „lajtowe”, z drugiej mówią o bardzo istotnych rzeczach 🙂

    Odpowiedz
  4. Jaram się tą przejaskrawioną rozmową! i faktem, że w końcu ktoś zwrócił na to uwagę!

    Odpowiedz
  5. Mnie chyba najbardziej denerwują „psychofanki” ostatnio najpopularniejszych wśród małolat (również umysłowych) blogerek (nie będę wymieniać imion…ale raczej wszyscy wiemy o kogo chodzi ;)). „jarają się” dosłownie wszystkim, co te dziewczyny mają na sobie, choćby założyły wór po ziemniakach. bezkrytycznie przyjmują wszystko, zupełnie nie mają swojego zdania, kopiują ślepo od swoich idolek. brrr! dramat!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz